Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
200 lat gwarancji

Z MARKIEM KRZYKOWSKIM, prezesem zarządu i dyrektorem generalnym spółki
INTERNATIONAL PAPER KWIDZYN, rozmawia Henryk Jezierski


Przy okazji wznowienia przyznawania Nagrody Gospodarczej Prezydenta RP poprosiliśmy o rozmowę Marka Krzykowskiego prezesa Internationl Paper Kwidzyn, laureata nagrody z roku 2003 w kategorii Najlepsza Inwestycja Zagraniczna w Polsce. Chcemy w ten sposób podkreślić trafność wyboru laureata, który  po bardzo udanej prywatyzacji w 1992 r. Zakładów Celulozowo-Papierniczych świetnie daje sobie radę w trudnej sytuacji rynkowej związanej ze światowym kryzysem gospodarczym i jest najlepszym zakładem w International Paper, największej korporacji papierniczej świata.



Henryk Jezierski
W 2009 roku, kulminacyjnym dla światowego kryzysu gospodarczego, kierowana przez Pana firma zarobiła 140 mln dolarów, czyli niemal równowartość kwoty zakupu dawnych Zakładów Celulozowo-Papierniczych przez amerykańskiego inwestora. Trudno oprzeć się skojarzeniu z tzw. księgowością kreatywną…

Marek Krzykowski

Zaręczam, że nie ma tu żadnego żonglowania liczbami. Po prostu – szybko staliśmy się pojętnymi uczniami kapitalizmu i wiedzieliśmy, że po okresie koniunktury zawsze musi przyjść dekoniunktura. W dobrych dla nas latach 2006–2008 dokonaliśmy szeregu inwestycji pozwalających wyjść obronną ręką z cięższych czasów. I to przyniosło owoce.



Ale w przypadku IP Kwidzyn oprócz ogólnie trudnej sytuacji ekonomicznej na rynku dochodzi jeszcze wątek oczywistego spadku popytu na papier, spowodowanego choćby ekspansją internetu i wynikającym z niej znacznym zmniejszeniem nakładów gazet, czasopism i książek. 
    Ten fakt uwzględniliśmy w stopniu najpoważniejszym, realizując inwestycje i dokonując zmian organizacyjnych oraz technologicznych pod kątem znacznego przeprofilowania produkcji. Fakt, popyt na papier graficzny spada, ale przybywa dóbr konsumpcyjnych wymagających… opakowania. Trafne odczytanie tego trendu – będące efektem ciągłej analizy potrzeb społeczno-gospodarczych w danym okresie – okazało się naszym strzałem w dziesiątkę.
    Dzięki odpowiednio wczesnemu i płynnemu przerzuceniu znacznej części naszego potencjału produkcyjnego na papiery opakowaniowe, odnotowaliśmy wyniki finansowe porównywalne z okresem koniunktury. Dość powiedzieć, że Kwidzyn ma tylko 5 proc. udziału w całości sprzedaży naszej grupy, ale aż 15 proc. udziału w jej zyskach. Nieprzypadkowo uchodzimy za najlepszy zakład International Paper.

Domyślam się, iż takiej pozycji zawdzięczacie niedawną wizytę w Kwidzynie prezydenta IP Johna V. Faraci.
    Owszem, jest to powód znaczący, bowiem Pan Faraci odwiedza tylko te firmy, które chce wyróżnić za osiągane wyniki, ale nie lekceważyłbym motywu drugiego, dla nas nie mniej znaczącego niż wyrazy uznania.
    W bezpośredniej rozmowie z prezydentem łatwiej o zjednanie jego przychylności dla podjęcia dalszych inwestycji. Obowiązuje tu niepisana zasada: „Pokażcie, co chcecie jeszcze zrobić, a ja wam w tym pomogę”. To cenne, zważywszy na nasze dwa nowe, poważne projekty. Pierwszy to rozwój produkcji kartonu do opakowań. Drugi dotyczy dalszej dywersyfikacji źródeł energii. Poza dotychczasowymi w postaci kory drzewnej, ługu powarzelnego i węgla chcielibyśmy sięgnąć także po biomasę. Jestem przekonany, że uda nam się zrealizować obydwa cele.

Z kwidzyńską fabryką jest Pan związany od 1983 roku, gdy funkcjonowała jeszcze jako państwowe Zakłady Celulozowo-Papiernicze. Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie przypadku, aby w zakładzie przejętym przez zagranicznego inwestora prawie dwadzieścia lat wcześniej, najważniejszą funkcję sprawował nie dość, że Polak, to na dodatek reprezentant kadry zawodowej jakby z innej epoki. Amerykańscy właściciele tacy „ludzcy”, czy Pan dokonał iście fundamentalnej metamorfozy swojej osobowości?
    Każdą z obydwu tez uważam za błędną. Nie tylko ja, ale cała kadra kierownicza ówczesnych Zakładów Celulozowo-Papierniczych była bardzo dobrze przygotowana do prywatyzacji, gdyż  to my sami o nią zabiegaliśmy i przygotowywaliśmy się do niej przez dwa lata, dostosowując model zarządzania zakładami do standardów zachodnich. Podkreślam, to nie Skarb Państwa, lecz my wszyscy – włącznie z radą pracowniczą i związkami zawodowymi – byliśmy zainteresowani pozyskaniem najlepszego inwestora strategicznego.

Co rozumieliście pod pojęciem „najlepszy”?
    Na pewno nie sam fakt produkcji najlepszego papieru lub zapewnienia załodze tzw. osłony socjalnej. Zdecydowanym priorytetem był dla nas dalszy rozwój fabryki. Cóż z tego, że w Europie w naszej branży przodowały firmy skandynawskie i austriackie, skoro w wypadku pierwszych istniało realne ryzyko tzw. wrogiego przejęcia czyli wykupienia po to, aby zamknąć, natomiast Austriacy reprezentowali podobny do nas potencjał produkcyjny i siłą rzeczy nie byliby w stanie zagwarantować poważnych inwestycji.
    Pozostali zatem Amerykanie – nie tylko najwięksi i dysponujący najbardziej rozbudowaną siecią sprzedaży na świecie, ale także gotowi  inwestować i modernizować. Ponadto, to mistrzowie w wykorzystaniu istniejącego majątku przy optymalnym nakładzie środków.

A propos nakładów… Pamiętam, że kwota 150 mln dolarów jakie International Paper zapłacił w 1992 roku za przejęcie kontroli nad ZC-P uznana została przez wielu polskich przedsiębiorców za rażąco niską.
    Krytycy jakoś nie chcieli wziąć pod uwagę, że w ślad za ww. 150 mln poszło dalsze 208 mln dolarów na pierwsze inwestycje i modernizacje, natomiast łączna kwota środków, jakie International Paper przeznaczył dotychczas na rozwój zakładu w Kwidzynie sięga miliarda dolarów. Obecna wartość fabryki, szacowana na ponad dwa miliardy dolarów, najlepiej weryfikuje słuszność naszego wyboru. Życzyłbym wszystkim takich inwestorów jak IP.

Wróćmy do wątków kadrowych.
    Nie zawierzono nam „na gębę”. Grupa Amerykanów przez trzy lata weryfikowała nasze kompetencje, zanim wytypowała najlepszych. I to się sprawdziło, bo przodujemy w koncernie. Naszym zasadniczym atutem okazała się głęboka wiedza inżynierska, technologiczna i techniczna połączona z kreatywnością, jakiej mogą tylko pozazdrościć Polakom inne nacje.
    Dość powiedzieć, że zmiany w kierownictwie były wręcz kosmetyczne. Pierwszy prezes zarządu pracował do emerytury i jeszcze dwa lata dłużej, bo był potrzebny. Gdy odszedł ja awansowałem z funkcji dyrektora technicznego na wiceprezesa, aby siedem lat później, dokładnie w 2005 roku, zająć miejsce mojego poprzednika, który został wiceprezesem spółki joint venture z udziałem IP w Rosji.
    Jak Pan widzi, wszystko odbywa się normalnie, w naturalnym cyklu   wymiany szefów co kilka lat i – co ważne – z wykorzystaniem ich doświadczenia w innym charakterze.

A co z resztą załogi ZC-P, niemal trzykrotnie liczniejszej niż obecna?
    Nie zwolniliśmy ani jednej osoby z tytułu optymalizacji zatrudnienia. Wybraliśmy formę tworzenia spółek zależnych, wspomaganych na początku naszymi zleceniami, a następnie usamodzielniających się.
    O słuszności takiej koncepcji najlepiej świadczy fakt, że wszystkie ze  spółek nie tylko istnieją do dzisiaj, ale także są znacznie większe niż w momencie powstawania.

Z liczącą ponad tysiąc osób załogą kierowana przez Pana fabryka nadal pozostaje największym pracodawcą w Kwidzynie i okolicach. Czy także najbardziej atrakcyjnym płacowo?
    Myślę, że co najmniej jednym z najatrakcyjniejszych. Średnie wynagrodzenie wynosi u nas ok. 6 tys. zł brutto i od razu uprzedzam, że nie jest to średnia wywindowana przez „kominowe” gaże kierownictwa.
    Po pierwsze – oprócz mnie w zarządzie zasiada tylko jedna osoba,  Pani Anna Borzeszkowska, odpowiedzialna za sprawy pracownicze koncernu w całej Europie Wschodniej.
    Po drugie – nasze wynagrodzenia ściśle określa taryfikator korporacyjny. Na wysokość zarobków nie narzekam, lecz zaręczam, że akurat w naszym przypadku łowcy sensacji byliby zawiedzeni.
    Atrakcyjności IP Kwidzyn jako pracodawcy nie sprowadzałbym tylko do wysokości średnich wynagrodzeń.  Nie żałujemy ani czasu, ani pieniędzy na permanentne szkolenie załogi. Naszym zdaniem jest to najlepsza inwestycja firmy. Sam pracownik zyskuje natomiast nie tylko możliwość doskonalenia zawodowego ale także awansu i realizowania swoich ambicji.

Pan również startował do swojej kariery zawodowej z poziomu pracownika produkcyjnego…
    Zgadza się. Jeszcze jako student Wydziału Elektrycznego Politechniki Gdańskiej zaczynałem w ZC-P od funkcji elektromontera obwodów wtórnych, zabezpieczeń i automatyki. Potem awansowałem wyżej, nigdy nie lekceważąc jednak zdobywania dalszej wiedzy. Stąd m.in. ukończona automatyka na Wydziale Telekomunikacji PG oraz szereg studiów podyplomowych w zakresie biznesu i zarządzania.
    Tego samego wymagam od swoich pracowników. Wszyscy inżynierowie w IP Kwidzyn zaczynają od stanowisk produkcyjnych. Zresztą, pojęcie „stanowisko produkcyjne” jest teraz bardzo umowne, bowiem zawsze wiąże się to np. z koniecznością biegłego opanowania technik komputerowych.

Nie kryje Pan  jednak, także w wystąpieniach publicznych, swojego krytycyzmu wobec obecnego poziomu kształcenia w uczelniach technicznych.
    Dla mnie pojęcie inżynier brzmi odpowiedzialnie. Nie tylko w kontekście wiedzy stricte technicznej – zbyt często przegrywającej z zarządzaniem i marketingiem – ale także ogólnej, nie wyłączając biegłej znajomości języka polskiego. Każdego dnia podpisuję  dziesiątki dokumentów przygotowanych przez moich pracowników. Co z tego, że niektórzy z nich mogą wykpić się jakże modną dzisiaj dysgrafią, skoro popełnione błędy ortograficzne idą na moje konto? A ja akurat języka ojczystego nie traktuję instrumentalnie i mogę powiedzieć, że pod tym względem nie mam kompleksów nawet wobec osób z wykształceniem humanistycznym.

Znacząca pozycja fabryki na gospodarczej mapie Kwidzyna znajduje również potwierdzenie w licznych, wielomilionowych przedsięwzięciach jakie zrealizowaliście na rzecz miasta. Stacja uzdatniania wody, szpital, centrum komputerowo-językowe, hala sportowa... Daje się tutaj wychwycić pewien wspólny mianownik w postaci zaspokajania potrzeb zdrowotnych, oświatowych i rekreacyjnych nie jakiejś elitarnej grupy, lecz ogółu mieszkańców.
    Rzeczywiście, chociaż każdą wydaną złotówkę konsultujemy z władzami miasta, to jednak absolutnym priorytetem pozostaje dla nas systematyczne eliminowanie tych zaszłości z minionej epoki, które negatywnie rzutują na poziom życia kwidzynian. Czysta i zdrowa woda w mieszkaniach oraz ułatwiony  dostęp do opieki medycznej, nauki języków lub uprawiania sportu mieszczą się w naszych preferencjach i nadal będziemy inwestować według tego scenariusza.

Rozmawiamy na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, toteż zasadne wydaje się pytanie o innych potencjalnych „beneficjentów” zainteresowanych finansowym wsparciem ze strony tak możnego potentata. Nie spotyka się Pan z prośbami np. o dotowanie poszczególnych partii lub polityków?
    Całkowita apolityczność i koncentracja wyłącznie na działalności gospodarczej w poszczególnych krajach to żelazna zasada obowiązująca w IP. Mam więc mocne alibi na odmawianie politykom. Ale nie chowam się za plecami korporacji, w tej kwestii bowiem osobiście też jestem zdecydowanym przeciwnikiem podobnych praktyk. Przy jakichkolwiek rozmowach bądź tylko sugestiach ze strony polityków ujawniam bez ogródek swoją asertywność. Gdy jeden z lokalnych polityków poprosił mnie o finansowe wsparcie jego kampanii z funduszu firmy, sięgnąłem do kieszeni po prywatny portfel i podałem mu banknot 100-złotowy, zapewniając jednocześnie, że w podobny sposób jestem gotów wspierać także politycznych  konkurentów mojego gościa. Chyba poskutkowało i upowszechniło się, bo już nigdy nie byłem nagabywany w podobnych sprawach.

Nie obawia się Pan jednak rewanżu w postaci najazdu instytucji kontrolujących na firmę?
    Wręcz przeciwnie, lubię wszelkie audyty i kontrole. Przeprowadzane rzetelnie – a innych nie śmiem nawet domniemywać – pozwalają skutecznie mobilizować pracowników i usuwać ewentualne niedociągnięcia.

O Pańskim wykształceniu inżynierskim oraz przebytej drodze zawodowej już mówiliśmy.  Pora zatem na cechy charakteru. Zakładam, że niebagatelny wpływ na jego kształtowanie miał sport, uprawiany wyczynowo, na wysokim poziomie i wielowątkowo, włącznie z tak zróżnicowanymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, kolarstwo, piłka ręczna, a nawet żużel. Wyniesiona ze sportu umiejętność rywalizacji i dążenia do zwycięstwa na pewno pozostała, odciskając mocne piętno na sposobie Pańskiego działania podczas kariery zawodowej.
    To niezupełnie tak. Owszem, sport był dla mnie – i ciągle jest – ważnym elementem życia i kształtowania charakteru, lecz na pierwszym miejscu stawiam zdecydowanie wartości wyniesione z rodzinnego domu w Radogoszczy pod Starogardem Gdańskim. Moi rodzice wpajali mi od dziecka zasadę: „Wszystko, co chcesz osiągnąć musisz sam sobie wypracować”. Innymi słowy – praca jest podstawą wszystkiego. Pamiętałem o tym zawsze. W starogardzkim liceum, na gdańskiej uczelni i – oczywiście – w mojej obecnej firmie. Mówiąc krótko, sprawdziło się. 
    A propos sportu… Moim zdaniem tu najważniejsza jest nie walka z przeciwnikiem, lecz z samym sobą. Rywalizacja pozwala tylko ocenić stopień naszego przygotowania, wychwycić, a następnie wyeliminować nasze słabe strony. To ma kapitalne przełożenie również na biznes. Konkurent jest tutaj nie naszym wrogiem lecz partnerem, pokazującym, jaki poziom reprezentujemy i co jeszcze zostało do zrobienia. W myśl zasady: „Skupmy się na tym, co robimy dobrze i róbmy to jak najlepiej ze wszystkich”.

Wspomniał Pan wcześniej o określonych dla menedżerów, kilkuletnich cyklach zarządzania firmami w grupie IP.  Panu ten cykl też już biegnie kilka lat. Nie żal będzie opuszczać firmy, z którą związało się całe dotychczasowe życie zawodowe?
    Ja nie traktuję tego w kategoriach rozstania, lecz zmiany stanowiska na inne, może mniej eksponowane, ale równie istotne. W IP nie marnotrawi się kapitału, jakim jest wiedza i doświadczenie szefów poszczególnych fabryk. Już w tej chwili jestem członkiem zespołu zarządzającego w Europie oraz członkiem rad nadzorczych kilku polskich spółek należących do grupy. Na przykładzie starszych kolegów wiem, że chętnie powierza się nam funkcje o charakterze eksperckim, np. doradców lub audytorów. To też ciekawa praca, w dodatku o zasięgu globalnym.

Godziwe, nazwijmy to tak, wynagrodzenie pozwala łatwiej realizować osobiste pasje. Gdzie je Pan lokuje?
    Bynajmniej nie w jakieś dobra materialne. Wraz z rodziną zgodnie preferujemy rozwój duchowy, a naszym konsekwentnie realizowanym hobby jest zwiedzanie Polski.  Dzięki temu w pełni potwierdzam zasadność powiedzenia: „Cudze chwalicie, swego nie znacie. Sami nie wiecie, co posiadacie”.

Na koniec jeszcze jedno, akurat integralnie związane z profilem produkcji IP. Papier, który przez wieki całe był najskuteczniejszym nośnikiem idei, myśli oraz wiedzy w realiach komputerowo-internetowych ulegnie marginalizacji. Wykonując zawód dziennikarza prasowego szczerze mi żal perspektywy utraty tych doznań, jakie daje bezpośredni kontakt z tradycyjną książką, działającą na wszystkie zmysły, włącznie z dotykiem gładkiej okładki lub specyficznym zapachem papieru i druku. Nie dostrzega Pan takich zagrożeń?
    Jako menedżer muszę dostrzegać. Wierzę jednak, że nie nastąpi to tak szybko. Póki co, nawet na nasze standardowe papiery graficzne dajemy 200-letnią gwarancję trwałości, a technologicznie jesteśmy przygotowani do znacznego wydłużenia tego okresu. Żaden producent notebooka czy i-pada nie odważy się na podjęcie takiego wyzwania. Oby papier – zgodnie z popularnym powiedzeniem – i w tym wypadku zniósł wszystko. 


dodano: 2012-01-10 20:28:05