Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Musimy wejść do Europy

Z WIESŁAWEM ROZŁUCKIM, prezesem zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie
rozmawia Tomasz Boenke



Tomasz Boenke
To już 10 lat, jak został Pan prezesem GPW. Czyli od początku powstania giełdy. Nie czuje się Pan już tą funkcją zmęczony?

Wiesław Rozłucki
Zmęczenia nie czuję, natomiast czasami, jak każdy menedżer, jestem sfrustrowany zaistniałymi sytuacjami. Ale tak było przed laty, tak jest i teraz. Praca na giełdzie zawsze mnie fascynowała. Na parkiecie ciągle dzieje się coś ciekawego, codziennie zdarzają się niespodziewane sytuacje. Prezesowanie giełdzie nigdy nie stanie się monotonne.

Pierwsza sesja odbyła się 16 kwietnia 1991 roku w budynku, gdzie kiedyś urzędował Komitet Centralny PZPR. Jak Pan dzisiaj wspomina to wydarzenie?
    To był dla mnie moment wzruszający, a dla wielu ludzi prawdziwy
koniec epoki komunizmu. Moim zdaniem, jedno z najważniejszych wydarzeń gospodarczych Polski po 1989 roku, obok liberalizacji cen i kursu dolara.
    O randze tego wydarzenia świadczy fakt, że po raz pierwszy ustalono rynkowe wartości polskich przedsiębiorstw. Wtedy notowanych było pięć spółek. Liczba dziennikarzy i widzów świadczyła o dużym zainteresowaniu, chociaż liczba aktywnych inwestorów była niewielka.
    Pierwsza sesja odbyła się na wypożyczonym sprzęcie. Po zakończonej sesji parkiet giełdowy był całkowicie pusty i sytuacja bardziej przypominała scenę z filmu „Żądło” niż prawdziwą giełdę.
    Tak naprawdę po raz pierwszy głośno o giełdzie stało się w 1993 roku, kiedy gwałtowna hossa pozwoliła wielu ludziom zarobić krocie na akcjach. Potem jednak w 1994 r., po debiucie Banku Śląskiego, nastąpił krach, a milionerzy szybko stali się bankrutami.
    Rzeczywiście, przez pierwsze dwa lata zainteresowanie było umiarkowane. Ale obrót akcjami był wtedy nowością dla społeczeństwa. Ten krach w 1994 roku z dzisiejszego punktu widzenia był lekcją, którą musieliśmy przejść. Każdy wschodzący rynek przechodzi przez taką fazę spekulacji. U nas jednak ta gorączka była większa niż można było oczekiwać i dla wielu inwestorów była bardziej bolesna niż należało sobie tego życzyć. Nie narzekam, że dzięki tym wydarzeniom tyle osób zainteresowało się giełdą, ale wolałbym, żebyśmy do dzisiejszego stanu doszli po mniej wyboistej drodze.

Giełda skupia potężne pieniądze, a tam gdzie obraca się miliardami, zawsze znajdą się nieuczciwi gracze. Przykładem tego jest tzw. afera poznańska manipulowania kursami małych spółek. Sprawa ta została  umorzona przez prokuraturę. Czy nie ma żadnych sposobów, aby uchronić się przed tym?
    Uważam, że wymiar sprawiedliwości w Polsce jeszcze nie dojrzał do tego, aby traktować profesjonalnie przestępstwa giełdowe. Jesteśmy państwem prawa i sąd musi poważniej traktować takie przypadki. Jesteśmy gotowi pomóc sędziom, bo zależy nam na ukróceniu tego procederu. Czekamy na pierwszy wyrok skazujący. Sądzę, że zapadnie w tym roku. Jednak w porównaniu z giełdami światowymi skala przestępstw u nas jest podobna, jak na dojrzałych rynkach światowych. Wszystkie rynki europejskie mają kłopoty ze skazywaniem przestępców giełdowych. Bardzo trudno udowodnić takie przestępstwa ze względu na brak dowodów. Każde śledztwo w sprawie przestępstwa giełdowego w Europie, które kończy się wyrokiem, trwa trzy, cztery lata. Ale to mała pociecha dla inwestorów, którzy stracili przez to pieniądze. Aby nie paść ofiarą manipulowania kursami, trzeba przede wszystkim strzec się inwestycji w spółki, których kursy zachowują się dziwnie bez żadnego powodu. Tak jak w życiu, do inwestycji należy podchodzić z pewną ostrożnością.

XX wiek Giełda skończyła mocnym uderzeniem. W minionym roku przeprowadziła się do nowoczesnego biurowca i wdrożyła system Warset, rewolucjonizujący cały system giełdowy. A jakie są najbliższe plany na XXI wiek?
    Jesteśmy bardzo dumni z wprowadzenia Warsetu, jednego z najnowocześniejszych systemów giełdowych, stosowanego obecnie również na 20 giełdach na świecie. Kosztowało nas to bardzo dużo pracy. Tylko wyjątkowa mobilizacja pracowników giełdy, biur maklerskich oraz instytucji finansowych spowodowała, że Warset odniósł sukces. W ciągu następnych kilku lat GPW musi stać się częścią struktur większych giełd europejskich. Chciałbym, aby warszawska giełda weszła do grupy Euronext skupiającej dawne giełdy w Brukseli, Paryżu i Amsterdamie, a wkrótce w Lizbonie. Jeśli to nie nastąpi, GPW zejdzie na margines w Europie. To alians, do którego nam najbliżej, ponieważ mamy identyczne technologie. Aby jednak wejść do struktur europejskich, niezbędna jest prywatyzacja giełdy. W tej chwili giełda jest kontrolowana przez Skarb Państwa. A w takiej postaci niemożliwością jest wejście do paneuropejskich struktur giełdowych.

Jaka jest pozycja GPW w Europie?
O palmę pierwszeństwa wśród giełd, które powstały w latach 90. w Europie Wschodniej rywalizujemy z Budapesztem. Jeśli chodzi o kapitalizację i liczbę spółek, to ją przewyższamy. Odbywający się w Europie Zachodniej gwałtowny rozwój rynku kapitałowego spowodował natomiast, że spółki notowane w Polsce i krajowi inwestorzy stały się celem dla naszych konkurentów. Charakterystyczna jest też konsolidacja giełd, co nas też czeka.

Naszym największym konkurentem została ostatnio giełda Newex w Wiedniu, utworzona przez instytucje we Frankfurcie i stolicy Austrii. Czy stanowi ona dla GPW duże zagrożenie?
    Każdą konkurencję traktujemy poważnie. Newex chce od nas odciągnąć nasze największe spółki i zrobimy wszystko, aby do tego nie doszło. Chcemy, aby giełda warszawska była głównym miejscem do ustalania wartości polskich spółek. Gdyby Newex okazał się sukcesem i przeciągnął część spółek z Warszawy, odbiłoby się to niekorzystnie na polskich firmach notowanych na naszym parkiecie. Przy mniejszych obrotach kursy byłyby bardziej podatne na duże wahania, łatwiej mogłyby paść ofiarami spekulantów. Newex nie ma żadnej przewagi nad naszą giełdą. Może być natomiast interesującym rynkiem dla spółek rosyjskich, rumuńskich czy bułgarskich. Dla nich notowania w Wiedniu mogą być nobilitacją. Na szczęście polskie firmy też orientują się, że przejście do Wiednia nie da im żadnych korzyści.

Ile na giełdzie zarobił do tej pory jej prezes?
    Muszę pana zdziwić, ale jako szef tej instytucji nie mogę grać na giełdzie. Zabraniają tego wewnętrzne przepisy. Ubolewam nad tym, bo od dzieciństwa miałem zdolności  do interesów. Dlatego tylko zmieniam lokaty bankowe. Z drugiej jednak strony można sobie wyobrazić, jakiemu prześwietlaniu podlegałyby moje inwestycje na giełdzie. Chciałem natomiast powiedzieć, że wbrew temu, co się powszechnie sądzi, nie mam wiadomości z pierwszej ręki o spółkach. Takie cenne informacje posiadają tylko najważniejsi pracownicy notowanych firm. Ich wykorzystanie jest niezgodne z prawem i podlega karze. W budynku GPW takich newsów nie ma zbyt wiele.

Zarządza Pan spółką obracającą potężnymi sumami pieniędzy. A jak Pan zarobił pierwsze pieniądze?
    Dla mnie sfera biznesu zawsze była czymś bliskim. Jak pamięcią sięgam, to pierwsze pieniądze zarobiłem jeszcze jako dziecko na znaczkach pocztowych. Istniały wtedy liczne kluby filatelistyczne i jednemu z kolekcjonerów sprzedałem jakąś serię znaczków. Z dzisiejszej perspektywy był to zarobek symboliczny, ale miałem z niego dużą satysfakcję.

Wracając z pracy do domu przestaje Pan być prezesem giełdy i staje się głową rodziny?
    Niestety nie. Giełda zawsze mnie interesowała i to powód, dla którego ukształtowałem swoją karierę. W domu czytam codzienną prasę, przeglądam kilkanaście gazet w poszukiwaniu ważnych dla giełdy informacji, oglądam wieczorem w telewizji wydarzenia z giełdy nowojorskiej. Giełda zawsze była moim hobby, a teraz to hobby stało się również pracą.

(marzec 2001)


dodano: 2012-01-05 18:19:56