Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Po co prywatyzować

Z prof. ANDRZEJEM KŁOSEM z Instytutu Elektroenergetyki PW rozmawia Jerzy Pawlas


Jerzy Pawlas
Elektrociepłownię Białystok wykupił państwowy koncern francuski EDF. Górnośląski Zakład Energetyczny i elektrownie warszawskie przejął koncern Vattenfall, należący do szwedzkiego rządu. Czyli krajowy monopol zastępowany jest przez monopol innego państwa. Pomijając paradoks, że prywatyzacja polskiej energetyki polega na upaństwowieniu jej przez inne państwo, to powstaje pytanie – czy taka strategia prywatyzacji sektora energetycznego nie zagraża bezpieczeństwu energetycznemu Polski?

Andrzej Kłos
Jest oczywiste, że wykupywanie polskiej energetyki przez przedsiębiorstwa zagraniczne, zagraża bezpieczeństwu energetycznemu naszego kraju. Ze zrozumiałych względów zagraniczne firmy dbają przede wszystkim o swoje zyski. Wprowadzają więc ceny niekorzystne dla krajowych odbiorców.  

Cokolwiek by mówić o monopolu państwowym w dziedzinie energetyki, to jest to jednak instytucja o statusie użyteczności publicznej, objęta kontrolą cen. Tymczasem po przeprowadzeniu prywatyzacji mamy do czynienia z monopolem innego państwa, w dodatku niekontrolowanym. Czy taka prywatyzacja nie spowoduje podwyżki cen energii, nie rozreguluje rynku?
    Deregulacja rynku jest równie pewna, jak wzrost cen energii. Zagraniczne przedsiębiorstwa będą przecież ustalały ceny na poziomie średnim w swoim kraju. Ceny we Francji czy Szwecji są przecież zdecydowanie wyższe, niż w Polsce. Odbiorca krajowy traci więc na takiej formie prywatyzacji rynku energii. Niezależnie od tego następuje wymiana kadr, jak na przykład w elektrociepłowni Łęg w Krakowie, zakupionej przez EDF – kierownictwo i fachowców krajowych zastąpili zagraniczni. Tak więc, niezależnie od wzrostu cen, następuje wzrost bezrobocia.

Polska energetyka jest w miarę nowoczesna, spełnia wymogi ekologiczne. Nie potrzebuje więc żadnych pilnych inwestycji. Jest również dochodowa. Po co więc sprzedawać firmy zagranicznym inwestorom?
    Polska energetyka nie obciąża budżetu państwa. Utrzymuje się z własnych przychodów. W tym sensie nie ma potrzeby jej sprzedawania. Jeżeli się to robi, to dlatego, że trzeba ratować budżet. Jest to jednak przedsięwzięcie krótkowzroczne i straceńcze. Równie nieracjonalna jest realizacja doktryny, że tylko prywatne firmy są efektywne. Przeczy temu praktyka, co widać na przykładzie francuskiego EDF czy szwedzkiego Vattenfall. Być może liberalna doktryna odnosi się do innych sektorów gospodarki, ale w przypadku elektroenergetyki jest po prostu fałszywa.

Minister gospodarki chce jak najszybszej prywatyzacji sektora energetyki. Jakie argumenty mogą przemawiać za jego prywatyzacją? Rozumiem, że celem prywatyzacji nie może być ani realizacja ideologii rynkowej, ani ułatwianie wykupu polskich firm przez zagranicznych inwestorów.
    Jedyny sensowny powód – a zarazem argument – przemawiający za prywatyzacją to ratowanie budżetu.

Czy energetyka jako branża strategiczna nie powinna pozostawać we władaniu państwa?
    Oczywiście, że powinna pozostawać w gestii państwa. Przede wszystkim dlatego, że jest to instytucja użyteczności publicznej. Bez energii elektrycznej nie można żyć, produkować, porozumiewać się. Jeżeli sprzedamy elektrownie, to istnieje niebezpieczeństwo, że nabywca je zamknie. To może zdezorganizować życie w państwie, ale najczęściej oznacza import energii i dyktowanie swoich cen.
    Przecież, to wielce realne niebezpieczeństwo, że na przykład Niemcy, wykupiwszy szczecińską elektrownię, unieruchomią ją i będą sprowadzać energię ze swojego kraju, za drogie pieniądze. Zapłacą polscy odbiorcy. Również wykupienie zakładu energetycznego, przesyłającego prąd, przez zagranicznego inwestora, może spowodować, że on nie będzie kupował energii od polskich elektrowni, lecz w swoim kraju.

Wynikałoby z tego, że energię elektryczną traktuje się jak każdy inny towar?
    To poważny błąd. Energia elektryczna różni się zasadniczo od innych towarów. Produkowana na masową skalę, nie może być magazynowana. Poza tym nie można jej dowolnie transportować – tylko sieciami, z których każda ma swojego właściciela. Koszty transportu energii są znacznie większe, niż każdego innego towaru. Sięgają 30–40 procent. To jest naturalny monopol. Tego nie da się zmienić. Wobec tego energia elektryczna nie może być traktowana jak każdy inny towar rynkowy. W dodatku ma ona cechę użyteczności publicznej w szerokim sensie, jak żaden inny towar.
    Braku energii nie można zastąpić czymś innym, podczas gdy brak każdego innego towaru można uzupełnić albo z magazynu, albo jakimś jego odpowiednikiem. Energii elektrycznej używa każdy i wszędzie. Natomiast towary mają tę cechę, że są używane przez różnych ludzi, w różnych miejscach. Energia elektryczna, będąc elementem użyteczności publicznej – ma cechy towaru strategicznego.

Jak prywatyzować – sprzedawać zagranicznym inwestorom pakiety większościowe czy mniejszościowe, a może raczej emitować akcje firm energetycznych?
    O ile w ogóle sprzedawać, to tylko pakiety mniejszościowe z różnego rodzaju ograniczeniami zarówno ze względów społecznych – choćby wzrastające bezrobocie, jak i strategicznych – związanych z podporządkowaniem sprzedanych firm krajowym inwestorom sterującym pracą systemu energetycznego.

Czy może bardziej funkcjonalną formą prywatyzacji – zamiast sprzedaży zagranicznym inwestorom – byłoby prywatyzowanie przez giełdę?
    W tym przypadku prywatyzowanie przez giełdę przynosi podobne skutki, jak sprzedaż firm. Rozproszone akcje uniemożliwiają kontrolę strategicznego sektora gospodarki.

Jakie korzyści odniosą odbiorcy energii po prywatyzacji energetyki? Co mogą zyskać po wprowadzeniu wolnego rynku energii elektrycznej w Polsce?
    Nie widzę korzyści, jakie mogliby uzyskać odbiorcy energii po prywatyzacji sektora energetycznego. Zostaną oni obciążeni większymi kosztami, gdyż ceny energii wzrosną. Nie należy więc spodziewać się korzyści ekonomicznych. Co do innych – to być może będą inwestycje, ale mogą je przecież samodzielnie prowadzić, z własnych środków, polskie zakłady energetyczne i elektrownie.

Mówi się, że jeżeli na rynku będzie większa konkurencja, to obniżą się ceny. To miałoby być dobrodziejstwem prywatyzacji?
    Praktycznie na rynku energii nie ma konkurencji. Jest ona bowiem niesłychanie ograniczona. Energetyka jest właściwie monopolem. Poszczególny odbiorca nie jest przecież w stanie zmienić dostawcy energii. Zakład energetyczny, na terenie którego mieszka, będzie go obciążał kosztami przesyłu.

Jeżeli na rynku będzie kilku wytwórców energii, to będą ze sobą konkurować, by oferować odbiorcom niższe ceny – i w konsekwencji – wyprą z rynku droższego producenta.
    Takie rozwiązanie jest możliwe tylko w teorii. Producenci łatwo dojdą do porozumienia i utworzą oligopol. Muszą przecież dbać o swoje interesy.

Utrzymuje się przekonanie, że monopolizacja sprzyja podnoszeniu cen, natomiast rozproszenie daje właśnie konkurencję, której konsekwencją jest obniżka cen?
    To są też teoretyczne rozważania. Taka modelowa konkurencja może zaistnieć wtedy, gdy na rynku działa wielu nie znających się producentów. Gdy jest kilku wytwórców energii, którzy dobrze się znają, to powstaje zmowa cenowa – jeżeli to prywatni producenci, a państwo nie reguluje rynku w obronie konsumentów.

Jeśli już trzeba sprzedawać – to elektrownie czy zakłady dystrybucji energii? W przypadku tych ostatnich, istnieje zagrożenie, że zagraniczny właściciel będzie korzystał z zagranicznych producentów.
    Gdyby już rzeczywiście było trzeba, to praktyczniej sprzedawać elektrownie, niż zakłady energetyczne. Zagraniczni nabywcy tych ostatnich mogliby po prostu wyeliminować z rynku polskie elektrownie.

Kto ma sieć, ten rządzi energetyką. Czy dojdzie do prywatyzacji Polskich Sieci Elektroenergetycznych?
    Polskie Sieci Elektroenergetyczne są właścicielem sieci przesyłowych najwyższych napięć. W tej dziedzinie prywatyzacja nie ma żadnego sensu. To są urządzenia techniczne o wyjątkowym znaczeniu strategicznym dla naszego kraju. Prywatyzacja Polskich Sieci Elektroenergetycznych wraz z krajową dyspozycją mocy byłaby nieporozumieniem. Takiego kroku nie usprawiedliwiałaby nawet największa dziura budżetowa i skrajny fundamentalizm liberalny.

W krajach zachodnich w sektorze energetyki wykształciła się struktura koncernowa, łącząca wytwórców i dystrybutorów energii w potężne firmy, zdolne do konkurencji rynkowej. Czy polska elektroenergetyka nie powinna naśladować tych wzorów?
    Polska elektroenergetyka powinna tworzyć potężne koncerny, które mogłyby konkurować ze sobą i z zagranicznymi koncernami. Prawdziwa konkurencja na rynku energetycznym jest możliwa wtedy, kiedy są duże organizmy gospodarcze, grupujące elektrownie, sieci przesyłowe i odbiorców. Dopiero wówczas można mówić o konkurencji. Tymczasem polska elektroenergetyka jest niesłychanie rozdrobniona, ma kilkadziesiąt elektrowni i zakładów energetycznych. Nie ma więc możliwości jakiejkolwiek konkurencji z kimkolwiek z zagranicy. Także na własnym rynku. Przecież zakłady energetyczne nie będą ze sobą konkurować, bo mają własne sieci – są więc monopolistami, a elektrownie bynajmniej nie palą się do konkurencji. Ostatecznie cena energii jest ustalana wspólnie.

Rząd przyjął „Założenia polityki energetycznej Polski do 2020 roku”, zresztą bez uzgodnień z centralami związkowymi. Założenia opierają się na koncepcji resortu gospodarki, który zmienia dotychczasowy model przemian własnościowych, przewiduje redukcję zatrudnienia o 30 proc., rezygnując z suwerenności energetycznej państwa. Jak wytłumaczyć te zmiany koncepcji prywatyzacji sektora elektroenergetycznego?
    Nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć tej błędnej koncepcji. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę z nieporozumienia, które jest udziałem parlamentarzystów i administracji państwowej. Mówi się, że energia elektryczna jest takim samym towarem, jak każdy inny. A to nieprawda. Cała reszta jest konsekwencją tego błędnego założenia.

(czerwiec 2002)

dodano: 2012-01-06 17:05:17