Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Potrzebujemy dialogu społecznego

Z Dr HENRYKĄ BOCHNIARZ, Prezydentem Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych  rozmawia Krystyna Sonntag


Krystyna Sonntag
Pytanie, czy Polskę stać na skrócenie czasu pracy, wypłynęło tej jesieni w związku z sejmową dyskusją nad zmianami w kodeksie pracy. Wśród posłów zdania są podzielone. Natomiast stanowisko pracodawców wyjątkowo jednomyślne – nie stać nas na przejście z 42-godzinnego tygodnia pracy na 40-godzinny.
    Chciałabym przypomnieć, że podobne stanowisko pracodawcy prezentowali w 1996 r., również przy okazji nowelizacji prawa pracy. Wtedy wynegocjowali 3 lata zwłoki na dostosowanie. Ten czas minął, dlaczego znów jesteśmy w punkcie wyjścia?

Henryka Bochniarz
Po prostu dlatego, że warunki gospodarcze sprzed 4 lat są nieporównywalne z tym, co jest dzisiaj. Tak samo jak zupełnie inne warunki były 20 lat temu, gdy skracanie czasu pracy wpisywano na listę postulatów „Solidarności”.
    Co charakterystyczne, że Lech Wałęsa, goszczący u nas na spotkaniu przedwyborczym, zapytany o tę kwestię odpowiedział jako związkowiec, że wtedy żądania wynikały z tego, że trzeba było system komunistyczny rozwalić. Natomiast dzisiaj, kiedy jesteśmy na swoim i jest tak wiele do nadrobienia, nie stać nas na to. Jest to może niepopularne stanowisko, ale bardzo odpowiedzialne i wzbudzające szacunek.
    W obecnych dyskusjach o skracaniu tygodnia pracy i wolnych sobotach, niepokoi mnie powrót do dawnego podziału na pracujących i tych, którzy pracę dają. Dlatego, że obecnie jest to zupełnie inny problem niż w 1980 r., a nawet w 1996 r. ze względu na fakt, jak bardzo zmieniła się w kraju struktura własnościowa. Dzisiaj wiemy, że trzy czwarte dochodu narodowego powstaje w sektorze prywatnym, w którym pracuje około 80 proc. wszystkich zatrudnionych.
    Chciałabym zwrócić uwagę, że świadomość tych ludzi także się zmienia, że oni zaczynają rozumieć uwarunkowania sprzyjające, lub nie, funkcjonowaniu przedsiębiorstw i nie patrzą na pracodawców, jak na krwiopijców. Zdają sobie sprawę, że jest to grupa również ciężko pracująca, od której zależy, ile będzie miejsc pracy w kraju.

Rzecz jednak nie w przywoływaniu lub odchodzeniu od archaicznej sztancy pojęciowej, lecz w obronie interesów pracowniczych.
    Oczywiście, tylko że tu zderzają się racje mających pracę z tymi, którzy jej poszukują. Sądzę, że w dyskusjach o tworzeniu nowych miejsc pracy, o walce z bezrobociem, które staje się największym problemem społecznym, nie można pomijać tej drugiej strony, od której zależy wzrost zatrudnienia. To z przedsiębiorcami trzeba w pierwszym rzędzie rozmawiać i pytać, co im przeszkadza w tym, by znacząco powiększać liczbę miejsc pracy.
    U nas ciągle jest bardzo dużo życzeniowego myślenia, powiedziałabym – w kategoriach gospodarki państwowej – że wystarczy odpowiednio nacisnąć i przedsiębiorstwa będą musiały zatrudnić nowych pracowników. Takie wrażenie można odnieść słuchając na przykład debaty w Sejmie. Tylko że dzisiaj nikt już tego nie jest w stanie zrealizować. Ale pomysły, które przez 50 lat funkcjonowały w polskiej gospodarce i sprowadzały się do fikcji pełnego zatrudnienia, za którą do dziś słono płacimy niskim stopniem rozwoju, nadal są odgrzewane.

Ekonomiści i przedsiębiorcy przedstawiają rachunek kosztów, jakie trzeba by ponieść z tytułu skrócenia czasu pracy. Szacunki są rozbieżne, jedne rysują czarną wizję, inne wysokość tych skutków pomniejszają. Czy pani zdaniem możliwa jest rzetelna ocena konsekwencji ekonomicznych dla gospodarki krótszego tygodnia pracy?
    My oczywiście robiliśmy swoje badania, z których wynika, że dziś – gdy w systemie wolnych sobót pracuje ok. 20 proc. zatrudnionych – objęcie nimi wszystkich pracowników prowadziłoby do wzrostu kosztów od 5 do 8 proc. Można te szacunki zakwestionować ze względu na wielką liczbę zmiennych wchodzących w grę. Nie widzę więc powodu, żeby się upierać przy aptekarskich wyliczeniach, bo skutki makroekonomiczne da się ocenić na obecnym etapie tylko w przybliżeniu.
    Dla mnie istotne jest natomiast to, że wysyła się społeczeństwu informację, że Polska jest w sytuacji, iż może sobie pozwolić na wprowadzenie wszystkich wolnych sobót. Podczas gdy wszystkie wskaźniki gospodarcze mówią, że powinniśmy zrobić dokładnie odwrotnie.
    Źle się stało, iż ta dyskusja została teraz podjęta i że toczy się w Sejmie. Bo ani moment nie jest odpowiedni, ani miejsce. Ja raczej oczekiwałabym, że związkowcy usiądą razem z pracodawcami i będą dyskutować o tym, co zrobić, żeby pracownicy nie byli zwalniani, a ci, co szukają pracy mieli szansę ją znaleźć. A jest to bardzo duża i rosnąca grupa, że przyjrzymy się wspólnie strukturze tego bezrobocia.
    Problem bowiem polega już nie tylko na odpływie ludzi z dużych restrukturyzowanych zakładów pracy, nie przygotowanych do podjęcia pracy wymagającej znajomości języków i obsługi komputera i dlatego tworzących armię bezrobotnych. Najgorsze jest to, że dzisiaj mamy nowe roczniki wchodzące na rynek pracy świetnie przygotowane, po studiach ekonomicznych i prawniczych na renomowanych uczelniach i nie mogących znaleźć pracy.
    Wśród tych pytań jednym z ważniejszych powinno być to, dlaczego pracodawca godzi się na zatrudnianie gorzej wykwalifikowanego pracownika, rezygnując z bardziej fachowego?

Dlaczego?
    Bo koszt zwolnienia każdego pracownika, nawet bardzo kiepskiego, jest tak duży, że nieopłacalny. Ze względu choćby na odprawy, co licząc z wynagrodzeniem dla nowego pracownika oznacza wypłacanie przez określony czas podwójnej pensji. Weźmy pod uwagę również to, że sądy pracy sprzyjają na ogół roszczeniom pracowników bez względu na to, jak wywiązują się oni ze swoich obowiązków, bo chroni ich kodeks pracy.
    Między bajki można włożyć obiegowe opinie, że łatwo w Polsce stracić pracę. Obserwujemy, że nawet w warunkach dekoniunktury przedsiębiorcy niełatwo decydują się na ograniczenie zatrudnienia, choć jest to działanie z ekonomicznego punktu widzenia nieracjonalne. Po prostu tyle inwestują w przygotowanie pracownika, nauczenie go standardów i metod pracy, że rozstanie się z nim jest dla pracodawcy ostatecznością. Konkludując – pod rządami obecnego prawa pracy wszystkie obciążenia związane z rynkiem pracy zrzucane są na pracodawcę.
    System, w jakim działają przedsiębiorcy jest przeciw nim. Wystarczy się przyjrzeć pracy różnych instytucji. Koronnym tego przykładem jest funkcjonowanie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, który cały ciężar swojej nie- sprawności, złego zorganizowania i wadliwych decyzji przerzuca na pracodawców. Nie tylko im nie pomaga, ale żądając np. dodatkowej sprawozdawczości, czy zmuszając drobne firmy do obligatoryjnego zakupu komputera, zwiększa koszty przedsiębiorstwa. A przecież, co by nie powiedzieć, to instytucja publicznego zaufania.
    Jest rzeczą przykrą, a nawet porażającą w filozofii wielu urzędów, bo przecież ta postawa nie dotyczy tylko ZUS-u, ale także np. Państwowej Inspekcji Pracy, aparatu skarbowego, położenie nacisku na władcze kompetencje z równoczesnym zaniedbaniem ich funkcji usługowych. Tam w ogóle nie ma myślenia, że te rozbudowane struktury urzędnicze żyją z naszych pieniędzy, a są powołane dla służenia podatnikom.

Co jeszcze przeszkadza w rozwoju przedsiębiorczości?
    Gdy zastanawiam się, jaka powinna być rola państwa w gospodarce, to szukam jej przede wszystkim w obszarze związanym z tworzeniem warunków sprzyjających przedsiębiorczości. Niestety, nie wykreowaliśmy tego w Polsce. Wie pani czego nam brakuje? Strategicznego myślenia.
    Jeśli spojrzeć na mijającą dekadę z perspektywy przedsiębiorców, to można odnieść wrażenie, że rozwój przedsiębiorczości odbywa się w Polsce niejako na przekór wszystkiemu. A więc tym decyzjom gremiów politycznych, które często podważały i podważają podstawy bytu firm. Takich jak narzucanie coraz wyższych kosztów pracy, podatków i innych obciążeń, regulacji usztywniających rynek pracy itp. Proszę zauważyć, że dopiero ostatnio, gdy mamy wysokie i wciąż rosnące bezrobocie zaczyna się jakby chętniej wysłuchiwać naszych argumentów. Jest pytanie, czy trzeba dojść, tak jak w Hiszpanii, do 20 proc. bezrobocia, żeby o tym problemie zacząć rozmawiać z pracodawcami, a nie tylko ze związkami?

Atakuje pani rządzących, ale czy przedsiębiorcy nic nie mają sobie do zarzucenia?
    Ma pani rację, my też ponosimy odpowiedzialność za to, że przez lata nie potrafiliśmy się przebić ze swoimi racjami, koncepcjami, informacją, że nie jesteśmy skuteczni.
    Być może trzeba było doświadczeń całej dekady, żeby dojść do wniosku, że działając w pojedynkę, często nieformalnie, po partyzancku – można tylko przegrać, bo nikt nas nie będzie słuchać.

Czy to znaczy, że środowisko powinno się skonsolidować w jedną silną organizację?
    Zdecydowanie walczę z poglądami, że nasz głos się nie liczy, bo pracodawcy nie mają jednej mocnej struktury. To jest stawianie problemu na głowie. Nam są potrzebne różnorodne formy działania i stowarzyszania się w zależności od stawianych tym organizacjom celów. Nie wolno niszczyć istniejącej różnorodności, która zapewnia przepływ myśli i inicjatyw. Natomiast problemem jest to, że one dotąd nie były zdolne przyciągnąć do siebie szerokiego grona uczestników. Powiedzmy sobie, że stopień „uzwiązkowienia” przedsiębiorców jest bardzo niski, poniżej 5 proc. progu. Na szczęście to też się zaczyna zmieniać i rośnie świadomość, że konieczne jest zorganizowanie się, by grupa mogła przebić się ze swoimi racjami i postulatami. Co wcale nie znaczy, że powinniśmy zakładać partię przedsiębiorców. To absurdalny pomysł.

Nie da się zbudować partii wokół idei zysku?
    W każdym razie to o wiele za mało na program polityczny partii. Ta droga prowadzi donikąd. Natomiast powinniśmy tak działać, by znaleźć sojuszników dla idei przedsiębiorczości w już istniejących partiach. Wpływać na to, by liczące się w kraju siły polityczne formułowały realistyczne programy rozwoju Polski.

Od czego zaczynać?
    Od tego, co jest na tapecie, czyli od uelastycznienia stosunków pracy. Projektowana nowelizacja kodeksu nie uwzględnia postulatów pracodawców, tak jak i propozycja skrócenia czasu pracy. Jeśli Sejm to zaakceptuje, koszty pracy wzrosną od 7,5 proc. do 10,5 proc. w przypadku firm pracujących w systemie wielozmianowym. Czy w tych warunkach realne mogą być nadzieje na wzrost gospodarczy i obniżenie bezrobocia?

Jak rozwiązać istniejące napięcia między światem pracy i kapitału?
    Sposoby na to w świecie już dawno wynaleziono. Trzeba szukać kompromisu. Dyktat związków zawodowych do tego nie zbliża, ale dialog społeczny tak. Wiele polskich problemów wynika ze słabości tego dialogu, z niemożności uzgodnienia priorytetów społecznych i gospodarczych.
    Jaka powinna być jego formuła? O tym trzeba rozmawiać z różnymi partnerami. Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych chce taką dyskusję zainicjować. W listopadzie organizujemy konferencję na ten temat. Będziemy w szerokim gremium zaproszonych gości, wśród których są także przedstawiciele Kościoła, będziemy dyskutować  o polskich doświadczeniach w tworzeniu dialogu, o tym jak jest on prowadzony w krajach Unii Europejskiej, jakich wymaga instytucji i rozwiązań prawnych. Wierzę, że będzie to przetarcie nowego szlaku.

(listopad 2000)

dodano: 2012-01-04 15:28:00