Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Skłodowska nowych technologii

Z EWĄ KUBACKĄ, wiceprezesem zarządu DRQ Sp. z o.o. rozmawia Jerzy Byra


Ta tu rozmowa z Panią Prezes Ewą Kubacką ma jeden zasadniczy powód. Otóż rzadko się zdarza, a w naszym kraju to jedyny znany mi przypadek, by kobieta tak mocno tkwiła w nowych technologiach. Zarówno od strony projektowej, jak i zarządzania. Ta elegancka i przystojna kobieta nie tylko, że jest na bieżąco we wszystkim co się w tych technologiach dzieje, ale przede wszystkim osiąga znaczące sukcesy, ciągle się doskonali i świetnie nawiązuje kontakt z młodymi ludźmi, których ciągle inspiruje swoją wiedzą i doświadczeniem do tworzenia nowych i oryginalnych rozwiązań systemowych.

    Ale, jak to w życiu bywa, informatyka i zarządzanie wcale nie były jej zamiarem. Wprawdzie w szkole średniej ze wszystkich przedmiotów była dobra, więc teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, by się tymi zagadnieniami zainteresować, ale wtedy informatyka w Polsce była jeszcze w powijakach. Co zrozumiałe, zainteresowanie się tą dziedziną było ograniczone, nie mówiąc o studiowaniu. Więc najpierw myślała o historii, ale w rezultacie zaczęła studiować chemię. Niestety, uczulenie na związki cyjanku i siarkowodór sprawiły, że po roku lekarze kategorycznie zabronili jej kontynuowania studiów. A że była bardzo młoda (zaczęła studiować nie mając 17 lat) i bardzo ambitna, uznała to za swoją porażkę. Chcąc odreagować niepowodzenie i odzyskać zdrowie, poszła do pracy. Po roku uznała, że jest już na tyle silna, iż może się zmierzyć z nowym kierunkiem studiów. Wybrała SGPiS (aktualnie Szkoła Główna Handlowa). I, jak dzisiaj twierdzi, te studia to była bajka w porównaniu z wyczerpującą chemią. Natomiast o tym, jak Ewa Kubacka, już po ukończeniu Wydziału Ekonomiki Produkcji na SGH (kierunek Ekonomika Przemysłu), zainteresowała się informatyką i zaczęła zgłębiać nowe technologie, opowiemy już obok, w  bezpośredniej z nią rozmowie.

 
Jerzy Byra
Pani Prezes, wprawdzie dzisiaj nie żałuje Pani nie ukończonej chemii, ale może mimo wszystko szkoda, bo nie wiadomo, czy nie mielibyśmy nowej polskiej Skłodowskiej.

Ewa Kubacka
Proszę nie żartować. Idąc na chemię nawet nie marzyłam o odkryciach na miarę Skłodowskiej. Moje nastawienie do nauki miało raczej wymiar praktyczny niż naukowy. Wybierając te studia, wierzyłam wówczas w roztaczane przed chemią duże perspektywy i możliwości zawodowe. Natomiast potwierdzam, że nie żałuję, iż zmieniłam zainteresowania.
 
Bo stała się Pani Skłodowską nowych technologii.
     To już wyraźna prowokacja.
 
Raczej uznanie dla Pani tak niekobiecych zainteresowań i dokonań zawodowych. Poza tym, jako wykształcona ekonomistka doszła Pani do nowych technologii w nietypowy sposób. Zresztą ciągle je Pani odkrywa dla siebie i innych, podobnie jak Skłodowska nowe pierwiastki. Pani pierwsza praca w Unizecie też nie była bezpośrednio związana  z informatyką. Dlatego, na Pani przykładzie, interesuje mnie, co decyduje, że człowiek tak radykalnie i skutecznie zmienia swoje zainteresowania?
     To była naturalna ewolucja. Najpierw, jako początkująca ekonomistka, zaczęłam od księgowości, a że byłam i jestem człowiekiem o niespokojnej naturze, przeszłam przez pozostałe działy w firmie, włącznie z handlowym. A gdy nastały czasy powolnego wchodzenia informatyki do firm, to kierownictwo firmy, obserwując moje ciągłe poszukiwania zawodowe wysłało mnie, tytułem sondażu, na kurs informatyczny. Był to początek lat siedemdziesiątych, gdy nie było jeszcze studiów w tym zakresie. No i tym sposobem ukończyłam pierwszy kurs programowania. Potem były następne, zarówno z innych języków programowania, jak i projektowania systemów informatycznych.
 
Ale czy wtedy można już było wykorzystać tę wiedzę w praktyce?
     Oczywiście. W Unizecie opracowałam i wdrożyłam bardzo złożony magazynowy system informatyczny. Była to wówczas zupełna nowość.
 
Jak Pani sama powiedziała, ówczesna technologia informatyczna była w powijakach. Jednocześnie byliśmy w ramach RWPG, jak na tamte czasy,  potentatem w produkcji bardzo nowoczesnych obliczeniowych maszyn matematycznych. Wrocławskie Odry 1304 i 1305 były wówczas marzeniem ludzi parających się informatyką. A z dumą dodać trzeba, że mogliśmy stać się również światowym potentatem w produkcji pierwszych minikomputerów nowej generacji. Skonstruowany przez Jacka Karpińskiego komputer K-202, wystawiony na Targach Poznańskich w 1971 r., stał się światową rewelacją. Niestety, zaprzepaszczono tę szansę.
     Jak wiele innych. Gdyby wykorzystano talent Karpińskiego i zainwestowano w rozwój jego rozwiązań informatycznych, wielce prawdopodobne, że mielibyśmy najpierw rozwiniętą produkcję nowoczesnych minikomputerów, a później, na ich bazie, mikrokomputerów.
 
Pomówmy zatem o tych zaawansowanych technologiach i Pani z nimi zmaganiach. Zmieniła Pani pracę na bardziej wymagającą?
     Tak. Przeszłam do Instytutu Organizacji Przemysłu Maszynowego.
 
Przemysł maszynowy był wówczas oczkiem w głowie władz. Domyślam się, że w związku z tym mieliście wszystkiego pod dostatkiem?
     Może nie wszystkiego, ale na przykład mieliśmy do dyspozycji pierwszy sprowadzony do Polski komputer IBM 360 i świetne kadry, które na owe czasy miały absolutnie nowatorskie pomysły.
 
Zatem, lepiej nie mogła Pani trafić. Od czego zaczęła Pani pracę?
     Pracowaliśmy nad systemem informowania kierownictwa, w skrócie SIK. Chodziło o to, by w ówczesnym centralnym planowaniu kierownictwo resortu miało szybki dostęp i możliwość analizy informacji z przedsiębiorstw i zjednoczeń. Moim zadaniem było to wszystko zaprojektować. I choć opory przed wprowadzeniem systemu były ogromne udało się go z sensem wdrożyć. A biorąc pod uwagę, że system był zasilany również informacjami pochodzącymi z systemów trzech wiodących zjednoczeń: Unitra, Ema i Polmo mogę uznać, że jego wdrożenie i sprawne funkcjonowanie było moim dużym zawodowym sukcesem.
 
Po którym jedno z tych zjednoczeń, Unitra, skaperowało Panią do siebie.
     Rzeczywiście, skutecznie mnie skokietowało propozycją poprowadzenia Pracowni Systemów Branżowych.
 
I jakby tego mało, równolegle podjęła Pani studia na Wydziale Organizacji i Zarządzania UW. Chyba miała Pani za dużo wolnego czasu?
     To była bardzo przemyślana decyzja. W związku z tym, że zadanie, jakie miałam do wykonania dla zjednoczenia, było ogromnym przedsięwzięciem projektowym i organizacyjnym uznałam, iż skoro dla osiągnięcia celu i tak będę musiała się mocno wgryźć  w zagadnienia organizacji i zarządzania, to dlaczego nie upiec dwóch pieczeni naraz.
    Tematem mojej pracy zawodowej i magisterskiej było więc zaprojektowanie i wdrożenie (programowo i sprzętowo) złożonego systemu optymalizacji i wariantowania planów. Praca była na tyle dobra, że system został wdrożony. Ludzie w firmie uwierzyli w to, czego dokonałam. Mogli teraz szybko określić funkcję celu, zmienić ograniczenia i szybko przeliczyć warianty planów. 
 
Ten sukces zawodowy miał także dodatkowe uznanie. Usilnie namawiano Panią do robienia kariery naukowej.
     To były namowy mojego promotora.
 
Które Pani odrzuciła. I choć to jeszcze można zrozumieć, to już całkowitym zaskoczeniem była Pani rezygnacja z pracy w ogóle.
     To z kolei był dyktat mojego męża. Co nie znaczy, że bez mojej aprobaty. Podczas towarzyskiego spotkania, kończącego drugi fakultet promotor usilnie przekonywał męża, by wpłynął na mnie, bym została na uczelni i robiła doktorat. Przekonywał go, że widzi dla mnie świetlaną przyszłość. Mąż odpowiedział pytaniem: – Panie profesorze, czy ma pan dzieci? Tak – odparł profesor – dwie córki. A ja ciągle nie mam – zakończył mąż. No i w ten sposób zrezygnowałam na pewien czas z kariery zawodowej i zajęłam się życiem osobistym. Urodziłam syna i przez 4,5 roku zajmowałam się jego wychowaniem.
 
Po czym ochoczo, mimo sprzeciwów męża, wróciła Pani do pracy.
     Był to już rok 1986 i, jak się szybko okazało, była to bardzo rozsądna decyzja. Gospodarka była już w dużym kryzysie i mąż, który wcześniej nieźle zarabiał, nagle stanął na skraju bankructwa. Gdyby nie moja praca, nie mielibyśmy za co żyć.
 
Była to znana i duża firma: Centrum Projektowania i Zastosowań Informatyki Zeto-Zowar. Potem był rok 1988 i kolejna firma, i kolejne doświadczenie. Będąc w niej specjalistą ds. informatyki po raz pierwszy korzystała Pani w projektowaniu systemów wspierających działalność przedsiębiorstwa z komputerów personalnych, tzw. PC-tów. Czy w informatyce był to istotny krok do przodu?
     W żadnym przypadku. Były to 8-bitowe komputery, na których ciężko było cokolwiek zrobić sensownego. Była to sztuka dla sztuki. Wprawdzie udało się wdrożyć jakieś systemy, ale to była cierniowa droga.
 
W tym przedsiębiorstwie, pomińmy jego nazwę, zdobyła pani jeszcze jedno doświadczenie, już nie związane z informatyką, ale które mocno zaważyło na Pani dalszych decyzjach zawodowych. Proszę powiedzieć, co takiego zadecydowało o Pani ówczesnej próbie naprawiania świata?
     Był to koniec lat osiemdziesiątych, czyli jak pan wie, okres burzliwej walki politycznej, pierwszych prywatyzacji i pierwszych prób sprytnych dyrektorów, chcących przejmować przedsiębiorstwa. Mój dyrektor, z którym notabene byłam w bardzo dobrych stosunkach, też chciał zrobić taki interes i najnormalniej okraść przedsiębiorstwo. Uznałam to za niegodziwe i stanęłam po stronie załogi.
 
Czyli wstąpiła Pani do Solidarności?
     Skądże znowu. Tak jak wcześniej nie byłam ani w partii, ani w związkach zawodowych, tak i nie wstąpiłam wtedy. Pozostałam apolityczna do dziś. Chodziło mi tylko o to, by przedsiębiorstwa nie rozkraść i zachować je w rozsądnym wymiarze. W rezultacie powstał ogromny konflikt. To był koszmar. Wszystkie strony (rada pracownicza i dwa zwalczające się związki) walczyły ze sobą w sposób straszny. Dla nich nie miało żadnego znaczenia, czy będą przywrócone porządki w przedsiębiorstwie. Ich interesowały tylko własne partykularne interesy.
    Moje zaangażowanie się po stronie interesów przedsiębiorstwa strona solidarnościowa uznała, że powinnam zostać dyrektorem. W rezultacie chodziło im o to, bym chodziła tak, jak mi zagrają. Bo był taki moment, że pełniłam obowiązki dyrektora. Odpowiedziałam więc, że nie po to walczyłam z poprzednikiem, by zająć jego miejsce. No i w ten sposób praktycznie weszłam w konflikt z Solidarnością. Mimo wszystko doprowadziłam do sprawy prokuratorskiej, przebiegły dyrektor został usunięty i zorganizowałam konkurs na nowego. Sama zgodziłam się na zastępcę dyrektora.
 
Mówiąc nieco przewrotnie, osiągnęła Pani jeszcze jeden spektakularny sukces.
     Niestety, nie mogę tego potwierdzić. Załoga była tak skłócona, że zarządzanie firmą stawało się niemożliwe. Dyrektor był ubezwłasnowolniony przez radę pracowniczą i związki. Praktycznie nie można było nic zrobić. Wszystko było oprotestowane. Po dwóch latach walki doszłam do wniosku, że to było pyrrusowe zwycięstwo. Stąd, pewnego pięknego dnia, na posiedzeniu rady pracowniczej, powiedziałam: – Kochani mam was dosyć. Wzięłam torebkę i wyszłam.
 
Niczym Aleksandra Jakubowska z telewizji.
     Podobnie. Jeszcze tylko napisałam list wyjaśniający do organu założycielskiego, że nie da się tym przedsiębiorstwem zarządzać. Byłam tak potwornie tym wszystkim zmęczona, że przypłaciłam to zdrowiem. Poza tym, doszłam do wniosku, że się już chyba w tym zwariowanym świecie do żadnej pracy nie nadaję.
    I to wtedy postanowiłam, że już nigdy nie będę pracować w przedsiębiorstwie państwowym. Są to, moim zdaniem, organizacje z założenia chore. Uważam, że tam, gdzie są związki zawodowe, tam zdrowe zarządzanie nie wchodzi w rachubę. Związkowcy głównie chronią siebie. W ich działaniu nie ma za grosz rozsądku. Dlatego podtrzymuję, że mogę pracować tylko w przedsiębiorstwie prywatnym. Tam, gdzie liczy się rachunek ekonomiczny, gdzie mogą być podejmowane racjonalne decyzje.
 
Ale dlaczego później, z takim doświadczeniem, nawet w prywatnej firmie, nie chciała Pani objąć żadnego kierowniczego stanowiska.
     Ponieważ cały czas wracał do mnie koszmar zmagania się z niemocą w zarządzaniu. Dlatego na własne, kategoryczne życzenie zostałam asystentką szefa firmy. Ale trwało to bardzo krótko. Po miesiącu szef uznał, że taka sytuacja jest nienormalna i powierzył mi stanowisko dyrektora handlowego.
 
Ta nowa praca związana była z udanym wprowadzeniem produktów Lotusa na Polski rynek. Po czym zdyskontowała Pani swoją ogromną wiedzę i doświadczenie, i założyła własne przedsiębiorstwo.
     Które sama, i nawet z powodzeniem, prowadziłam, ale niezbyt długo. A to dlatego, że pan Andrzej Widerszpil, wówczas szef Lotusa na Polskę, z którym owocnie współpracowałam, doszedł do wniosku, że nie może dopuścić do mojego zejścia z rynku i nasyłał na mnie różne firmy z propozycją pracy. Konsekwentnie odmawiałam, aż raz tak mnie podprowadził, że byłam zmuszona porozmawiać z przedstawicielem firmy Doctor Q z Krakowa. I pan Julian Kutrzeba, założyciel tej firmy, okazał się tak przekonujący, jak i pracujący w niej ludzie, że wzbudzili moje do tego stopnia ogromne zaufanie, iż pracuję w firmie do dziś. Wprawdzie zmieniła się nazwa i nastąpiły poważne zmiany właścicielskie, ale firma dalej dobrze prosperuje i ciągle się rozwija.
 
Uściślijmy te dane, firma ma swoją główną siedzibę w Krakowie, teraz  nazywa się DRQ, od czerwca 2001 r. należy w 85 proc. do Grupy ITI i Pani jest jej wiceprezesem i szefem biura w Warszawie. Poza tym ubiegłoroczne wyniki i wyniki pierwszego kwartału br., tylko potwierdzają Pani skuteczność i efektywność działania. Na tle zastoju rozwoju branży  kilkudziesięcioprocentowa dynamika przychodów ze sprzedaży i zysku netto muszą budzić respekt u konkurencji. Czemu przypisać tak dobre rezultaty?
     Po pierwsze, nie ja jestem ich głównym sprawcą. To wynik pracy całego, prawie stuosobowego, kompetentnego i innowacyjnego zespołu. A obszarami naszej efektywnej działalności są finanse, komunikacja i media. W finansach, w oparciu o nasze autorskie rozwiązania, budujemy i wdrażamy bezpieczne systemy realizacji operacji finansowych poprzez Internet, SMS i WAP. Za sztandarowe rozwiązania uważamy wdrożenia dla BPH, Banku Śląskiego i Centralnego Domu Maklerskiego PEKAO SA.
    Z kolei w komunikacji realizujemy zaawansowane technologicznie rozwiązania, których celem jest rozwój infrastruktury jednego z operatorów GSM. Dzięki zdobytym tu doświadczeniom udało nam się zbudować i uruchomić w siedzibie firmy w Krakowie wydajną, bezpieczną i przyjazną naszym klientom platformę komunikacyjną, która z powodzeniem jest wykorzystywana do obsługi serwisów multimedialnych, w tym generujących tak duży ruch jak BigBrother.
    Wreszcie w mediach, DRQ oferuje firmom medialnym usługi konsultacyjne związane z przygotowaniem zawartości serwisów tzw. Contentu. Sprowadza się to do oprogramowania serwisów oraz infrastruktury umożliwiającej korzystanie z serwisów przez abonentów sieci ERA, Idea i Plus.

A czy są jeszcze takie kierunki działań, nad którymi Pani pracuje sama lub z zespołem, które mogą przynieść niemniej spektakularne sukcesy jak dotychczasowe?
     Wydaje mi się, że najbardziej bliskim wprowadzenia pomysłem jest system mikropłatności. Jego wdrożenie może przynieść ogromny sukces, gdyż udostępnia  klientom serwisów bardziej efektywną metodę płacenia za korzystanie z nich. My już mamy przygotowany taki system i możemy go niebawem wdrożyć – czekamy jedynie na odważnych contentodawców. Problem tylko w tym, że sukces przedsięwzięcia zależy od masy krytycznej. Ja wierzę w rewolucyjny charakter takiego wdrożenia.
 
Wybaczy Pani, ale ze względu na braki w fachowej wiedzy związanej z nowymi technologiami nie podejmę dalszej rozmowy wyjaśniającej szczegóły Pani zainteresowań. Natomiast chętnie dowiem się, czy ta skomplikowana specjalizacja zawodowa nie rodzi u Pani problemów komunikacyjnych poza środowiskiem.
     Nie wiem, na ile moje w tej sprawie subiektywne stwierdzenie będzie wiarygodne, ale ja osobiście nie mam problemów z komunikacją międzyludzką. Choć zdarza się, że na koleżeńskich spotkaniach moje rówieśniczki, pytając mnie o sprawy zawodowe nic nie rozumieją z tego, co do nich mówię.
 
Nie sądzi Pani, że to niebezpieczny sygnał?
     Może nie aż tak. Ale coś w tym jest na rzeczy. Informatycy to ludzie zamknięci w swoim świecie. Mają problemy z komunikacją. Są niechętni do mówienia. A jeśli mówią, to półsłówkami. Z rozmów z psychologami niezbicie wynika, że to już choroba zawodowa. Na domiar złego, takie zachowania są przenoszone na rodziny. Rodziny ich po prostu denerwują. Co nie znaczy, że ta komunikacja nie jest możliwa. Dlatego pracowników firmy prowokujemy do rozmowy, wymiany poglądów, nieustającej burzy mózgów. A, że to są młodzi ludzie, staram się nie tracić z nimi kontaktu, inicjuję rozmowę na jakiś ważny temat, problem, który jest do rozwiązania. I nie szkodzi, że podczas takich seansów oni skaczą sobie do oczu. A jak się już uspokoją, to mówię, no dobrze, a teraz powiedzcie o tym tak, byśmy wszyscy zrozumieli, o co chodzi. My to wprowadzimy, tylko musicie nas do tego przekonać. I czasem im się to udaje, czasem nie. Osobiście uważam, że najtrudniejszy problem można wytłumaczyć, jeśli samemu się go dobrze rozumie.
 
Może przyczyna takiego stanu rzeczy leży w kształceniu informatyków? Może zdobywana przez nich hermetyczna wiedza powinna być wzbogacona o elementy marketingowe? 
     Dotknął pan bardzo ważnego problemu. Rzeczywiście, polskie uczelnie kształcą albo ekonomistów, albo specjalistów od zarządzania, albo informatyków. W naszym przypadku, informatyków rozumianych jako programistów z wiedzą z zakresu projektowania. I to właśnie tacy informatycy nie mają wspólnego języka z użytkownikiem. Ci ludzie z reguły mówią obok siebie. Stąd częste nieporozumienia na etapie przygotowania założeń systemu. Klient musi bezwzględnie takie założenia zatwierdzić. W innym przypadku może się okazać, że cała robota od nowa, czyli stracony czas i zachwiane zaufanie klienta. Dlatego ważne jest, by uczelnie kształciły analityków systemowych. A więc takich, którzy poza wiedzą informatyczną mieć również będą wiedzę z dziedziny zarządzania.
 
Pani posiadła wiedzę i doświadczenie ze wszystkich wymienionych dziedzin. Jest więc Pani idealnym wzorcem do wypracowania optymalnych metod i programów kształcenia dla właściwego przygotowania młodych informatyków.
     Niech Pan znowu nie przesadza. Chcę tylko powiedzieć, że ja w tym interesie zawsze starałam się podchodzić mniej od strony technicznej, a bardziej od strony analityka systemowego. Co ten system ma dać konkretnemu użytkownikowi. Jeśli miałby tylko zalgorytmizować to, co on do tej pory robił, czyli tkwił w tych samych metodach, to taki system nie ma sensu. I to właśnie moja recepta na sukces w projektowaniu systemów.
 -----
Po autoryzacji rozmowy, Pani Prezes dodała jeszcze, że obawia się, iż z tak zredagowanej rozmowy wyłoni się obraz kobiety, który nie do końca do niej pasuje. Dlatego poprosiła o następujące uzupełnienie: – Praca zawodowa jest dla mnie bardzo ważna, ale poza nią dostrzegam wiele barw życia. Równie ważna, jak praca zawodowa, była dla mnie walka o budowę szkół na Ursynowie, o budowę kościoła. To była prawdziwa walka z przesądami, biurokracją i zwykłą ludzką zawiścią. Na szczęście zakończona sukcesem. A tak naprawdę uważam, że moim największym sukcesem jest rozsądny 20-letni syn, student I roku i utrzymanie pełnej rodziny. Moje duchowe rozterki topię w ziemi. Kiedy kolejny raz przeprojektowuję mój ogród, zdobywam nowe krzewy i piękne kwiaty – zapominam o wszystkim. Jest to moja metoda na regenerację sił.

(czerwiec 2002)

dodano: 2012-01-06 17:14:34