Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Stworzył rzeczywistość, która przewyższa oczekiwania

Z WIKTOREM KOLBOWICZEM, prezesem Zarządu Kliniki Uzdrowiskowej „Pod Tężniami” im. Jana Pawła II w Ciechocinku rozmawia Jerzy Byra

W Polsce mamy 45 miejscowości o statusie uzdrowiska. Ich naturalne bogactwa, specyficzny klimat i walory przyrodnicze sprawiły, że wokół nich powstała profesjonalna infrastruktura sanatoryjno-szpitalna
odpowiednia baza zabiegowa i noclegowa. Jedną z takich miejscowości jest Ciechocinek, który państwowy status uzdrowiska uzyskał w 1922 r. Do dzisiaj, to też najbardziej znane i najpiękniejsze polskie uzdrowisko nizinne. Nie bez powodu zwane też „perłą uzdrowisk polskich”. I to w nim działa Klinika Uzdrowiskowa „Pod Tężniami”, jeden z najnowocześniejszych ośrodków rehabilitacyjno-leczniczych i hotelarskich w Polsce – znany  i ceniony w Europie i na świecie. O tym jak do tego doszło rozmawiamy z jej twórcą, prezesem  Wiktorem Kolbowiczem.




JERZY BYRA
    Panie prezesie, nie ciąży Panu sława i chwała? Od 38 lat krążą legendy o Pańskiej sprawczości. Co zresztą potwierdzają: powszechne uznanie, niezliczone wyróżnienia, nagrody i wysokie odznaczenia. Choćby tak spektakularne jak: Medal im. prof. Leonarda Lorentowicza za wybitne zasługi dla Uzdrowiska Ciechocinek, wielokrotny tytuł Menedżer Polskiego Hotelarstwa, Medal od Papieża Benedykta XVI przyznawany osobom za wyjątkowe dzieła, Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, a ostatnio, na styczniowej Gali AgroBiznesu przyznany tytuł Promotora AgroBiznesu Wszech Czasów RP.  
 
 
WIKTOR KOLBOWICZ
    Tych zaszczytów rzeczywiście spadło na mnie sporo, ale nie mam z tym problemu. Traktuję je jako dowód uznania dla mojej i całej załogi pracy na rzecz rozwoju naszej Kliniki Uzdrowiskowej „Pod Tężniami”. I zapewniam, że wszystkie otrzymane wyróżnienia w żadnym wypadku nie ciążą, wręcz przeciwnie – jak najbardziej cieszą i motywują do dalszej wytężonej pracy.
    Przy czym, co chcę bardzo mocno podkreślić, że te dla mnie i jednocześnie dla firmy uznania to nie efekt pracy jednego człowieka. Cały ten splendor dla naszej ciągle rozbudowującej się i rozwijającej Kliniki Uzdrowiskowej, poszerzającej swoje usługi rehabilitacyjno-lecznicze oraz wprowadzającej do gabinetów zabiegowych najnowocześniejsze, innowacyjne urządzenia służące do leczenia i rehabilitacji pacjentów, kuracjuszy i gości w ogóle, to efekt zespołowej pracy i zaangażowania całej mojej załogi.

Dzisiaj to niezaprzeczalnie widoczny efekt, ale przecież dochodzenie do takich imponujących rezultatów zaczęło się w szczególnym okresie, w warunkach trwającego stanu wojennego, ogłoszonego 13 grudnia 1981 r. Przypomnijmy zatem początki Pańskiego dochodzenia do rozkwitu Kliniki Uzdrowiskowej. Tym bardziej, że nim 19 kwietnia 1982 roku zaproponowano Panu stanowisko dyrektora Zakładu Leczniczego w Ciechocinku, nie miał Pan w tego rodzaju działalności doświadczenia.   
    To prawda. Ale miałem w zarządzaniu. Od 1964 roku byłem związany z mleczarstwem. Pracowałem  w Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Kruszwicy, gdzie byłem kierownikiem laboratorium i wiceprezesem zarządu. Następnie zostałem służbowo przeniesiony do Torunia, na stanowisko wiceprezesa ds. produkcji i techniki w celu uporządkowania i od nowa uruchomienia tamtejszego zakładu mleczarskiego, który został zamknięty przez Głównego Inspektora Sanitarnego.

Tym bardziej dziwi, że po z sukcesem dokonanej reaktywacji zakładu mleczarskiego złożono Panu propozycję objęcia stanowiska dyrektora zakładu leczniczego w Ciechocinku.    
    Oferta została złożona w szczególnych okolicznościach.  Zaraz po uruchomieniu zakładu wyjechałem z rodziną do Bułgarii na wczasy. Pech chciał, że po drodze miałem poważny wypadek samochodowy, w którego efekcie przez jakiś czas byłem zawodowo unieruchomiony. Po wyzdrowieniu przekonywano mnie, że zarządzanie zakładem w Ciechocinku to najlepsze rozwiązanie w mojej sytuacji. Miała to być, jak mówili, tak zwana bułka z masłem i przy okazji dodatkowa możliwość rehabilitacji. 
     
Humanitarna propozycja, ale przecież zakład leczniczy w Ciechocinku funkcjonował już od trzech lat, więc chyba miał swojego dyrektora.        
    Niezupełnie, choć prawdą jest, że uruchomiono go w 1979 r. Tylko po pierwsze, po trzech zmianach dyrektorów praktycznie stał nieczynny Po drugie, Dom Zdrowia Mleczarza – bo tak pierwotnie nazywano tę inwestycję – realizowany był przez dziesięć lat, w czasach niedoboru materiałów więc był to obiekt, mówiąc kolokwialnie, spartaczony.

Mimo to, 21 kwietnia 1982 r. zgodził się Pan na zarządzanie tym obiektem.     
    Po dochodzeniu do zdrowia uznałem to za kolejne wyzwanie. Okoliczności trwającego stanu wojennego nie miały znaczenia. W ciągu 9 dni dopracowałem strukturę organizacyjną, zweryfikowałem wszystkie zastane nieprawidłowości i w rozmowach ze wszystkimi pracownikami określiłem nasze wspólne być albo nie być. Z prostą zasadą: jest jeden kierownik – reszta pracuje.   

Uwierzyli w Pana założenia?   
    Te 9 dni były dla mnie testem, czy podołam wyzwaniu. Czy będę miał z kim rozpocząć naprawę i rozpocząć rozwój tego co zastałem. A więc ostatniego dnia, w przeddzień 1. maja zwróciłem się do wszystkich pracowników, że zapraszam  ich na pochód 1-majowy, bo będzie głupio gdy będę sam szedł w tym pochodzie. Powiedziałem również, że nasza wspólna tam obecność, to będzie dobra okazja byśmy w ten sposób zademonstrowali, że jesteśmy zdeterminowani dołożyć starań, by to nasze miejsce pracy doprowadzić do świetności.
    I niech mi pan wierzy, że tamtego 1. maja, gdy na zbiórkę stawili się prawie wszyscy pracownicy uwierzyłem, że możliwy jest wspólny rozwój naszego zakładu. Na pochodzie byliśmy najliczniejszą załogą. Nie ukrywam, że roznosiła mnie wtedy wielka radość. Rozpierała chęć natychmiastowego działania.

Sytuacja w kraju nie przeszkadzała? Ciągle trwał stan wojenny. Został zawieszony 31 grudnia 1982 r. a zniesiony dopiero 22 lipca 1983 r.  
    Przeszkody oczywiście były, różnego rodzaju. Zaczęły się jakieś ambicjonalne rozgrywki, nasyłano na mnie jakiś dziwnych ludzi, wzywano na połajanki do komitetu partii. No i była „Solidarność” oraz komisarz wojskowy. 
    Do tego, czego się nie dotknąłem, niedociągnięcia. Naprawa wymagała zwiększonego wysiłku. Pracowałem po 15-16 godz.

Od czego Pan zaczął  realizację wyznaczonych zadań?
    Obiekt był fatalnie wykonany. Z bardzo dużą ilością usterek. Przeciekał dach, w pokojach wycieki z grzejników, które nie wytrzymywały erozji solankowej. Nieszczelne drzwi i okna oraz wycieki wody z instalacji dopełniały fuszerkę budowlaną. Nie mówiąc o maleńkich, prymitywnie wyposażonych łazienkach. To wszystko sukcesywnie naprawialiśmy i modernizowaliśmy. Stopniowo eliminowaliśmy też te najbardziej dotkliwe przeszkody dla kuracjuszy.
    Poza tym prowadziłem systematyczne rozmowy ze wszystkimi pracownikami, by ich mentalnie i zawodowo przygotować do nowego typu obsługi kuracjuszy – że to oni są najważniejsi. Musiałem też przekonać personel medyczny, administracyjno-techniczny i gastronomiczny, by ze sobą nie konkurowali, by uznali, że dla obsługi i zadowolenia kuracjuszy wszyscy jesteśmy tak samo ważni.
    Na szczęście udało się, przyjęli to ze zrozumieniem i nastąpiła pełna zgoda. A z czasem nawet „Solidarność” się rozwiązała. I tak dotrwałem do lat 90.          
     
To dowód, że załoga zaufała Panu i uwierzyła, że ma Pan na uwadze również dobro całej załogi. Z pewnością, to duża satysfakcja.
    Ogromna, która miała swój dalszy ciąg już w czasach transformacji ustrojowej.        

Chciano was sprywatyzować czy zlikwidować?
    Jedno i drugie. Przewidując najgorsze, wystąpiłem do prezesa Centralnego Związku Spółdzielni Mleczarskich, formalnie właściciela zakładu z prośbą o umożliwienie przejęcia zakładu przez spółdzielnię osób prawnych złożonych z podmiotów mleczarskich. Niestety, otrzymałem odmowę, bo zakład postawiono w stan likwidacji i chciano go sprzedać Francuzom. To sprawiło, że załoga zastrajkowała, pozamykała pokoje – i ponownie stanęła po mojej stronie. Postawiła likwidatorowi warunki, w tym, że prezes pozostaje i nie jest do ruszenia. Najwyraźniej się takiej postawy załogi przestraszył.
    W ślad za tym zrobiłem zdjęcia najgorszych miejsc, jakie tu jeszcze mieliśmy i przekazałem likwidatorowi. Nie wiem czy to one i warunki załogi były powodem odstąpienia Francuzów od kupna zakładu, ale do sprzedaży nie doszło. Przy okazji zwróciłem się też do likwidatora o zwrot środków finansowych, które pozostały po wybudowaniu naszego zakładu, wspomnianego już Domu Zdrowia Mleczarza. Były gromadzone przez spółdzielnie mleczarskie, na specjalnym subkoncie CZSM.

Nie liczyłbym na zwrot. Wasza zdecydowana postawa w obronie zachowania Sanatorium Uzdrowiskowego ”Pod Tężniami” nie była po myśli likwidatora?
    Kto nie próbuje, nie wygrywa. Ale oczywiście nie zwrócił. Mało tego, mówił, że nie odda tych naszych należnych środków finansowych nawet wtedy, gdy to wszystko zarośnie trawą.
    Na takie dictum, namówiłem 13 prezesów Okręgowych Spółdzielni Mleczarskich do założenia spółdzielni osób prawnych. Przygotowaliśmy dokumentację, podpisaliśmy deklarację, złożyłem wniosek do rejestracji w sądzie rejonowym i spokojnie czekałem na ogłoszenie.
    Natomiast z niepokojem czekałem na Zjazd Krajowy Spółdzielczości Mleczarskiej, bo tylko on mógł podjąć uchwałę o przekazaniu majątku zakładu w likwidacji do tej naszej zarejestrowanej spółdzielni. 

Już wiemy, że się udało, ale też ciekaw jestem miny likwidatora.
    Wprawdzie usiłował jeszcze różnymi sposobami blokować przekazanie, ale spółdzielcy i rolnicy zdecydowanie się temu sprzeciwili i ponad 90. procentami głosów zdecydowali, że majątek przeszedł na rzecz powołanej spółdzielni. Jej pełna wówczas nazwa brzmiała: Spółdzielnia Usług Leczniczo-Rehabilitacyjnych Sanatorium Uzdrowiskowe „Pod Tężniami”, a ja zostałem umocowany jako jej już rzeczywisty gospodarz.

Wreszcie mógł Pan zacząć realizację swojej strategii  i przystąpić do niczym nie zakłócanej pracy i rozwoju.   
    Jeszcze nie zupełnie. Między innymi dlatego, że w 1991 r. Ministerstwo Zdrowia wymówiło nam skierowania sanatoryjne. To była gehenna. Nagle brakowało środków nie tylko na rozwój, ale również na ogólne koszty funkcjonowania. Nie było wyjścia, zacisnęliśmy pasa i z marszu całkowicie przeszliśmy na sprzedaż komercyjną.

Zna Pan przyczynę wymówienia skierowań sanatoryjnych przez ministerstwo.
    Nie twierdzę, by akurat to było powodem, ale w tamtym czasie wiceminister zdrowia zaprosił mnie na doradcę. Pytał, co należałoby poprawić w uzdrowiskach polskich. Proponowałem, że trzeba zrobić ich kategoryzację i według niej płacić sanatoriom za koszty pobytu. Argumentując, że to niesprawiedliwe, by wszystkie dostawały po równo w sytuacji, gdy warunki socjalno-bytowe i rehabilitacyjno-lecznicze, którymi sanatoria dysponują, są tak bardzo zróżnicowane. Od złych do bardzo dobrych.
    Nie wiem czy w efekcie tej rady, ale ministerstwo najpierw ograniczyło mi skierowania o 30 proc., potem o 50 proc, a w maju 1991 roku całkowicie wypowiedziało współpracę. Mimo tak fatalnego dla nas obrotu sprawy jakoś tłumaczyłem tę decyzję. Wie pan, brakowało środków, a ministerstwo miało swoje podległe przedsiębiorstwa uzdrowiskowe i w pierwszej kolejności kierowało środki na ich funkcjonowanie. My byliśmy już dla ministerstwa przedsiębiorstwem komercyjnym. 

Wobec powyższego, jak dawaliście sobie radę z obłożeniem miejsc sanatoryjnych i z przetrwaniem w ogóle. 
    Trzeba się było nieźle nagimnastykować, by pozyskać gości. Na przykład z byłego DDR (Niemieckiej Republiki Demokratycznej) udało się nam ściągnąć 10 turnusów po 50 gości. To i inne działania marketingowe mające na celu pozyskanie gości pozwoliły nie tylko na utrzymanie załogi, ale i na małymi krokami rozwijanie obiektu.
    Wreszcie, widząc, że wyniki są coraz lepsze, powolutku zaczęliśmy modernizację poszczególnych pięter, pokoi, otoczenia. Warto dodać, że wszystkie te prace wykonywane były w czynnym obiekcie. 

Z tych zarządczych, szczęśliwie zakończonych zmagań i wyjścia na prostą na pewno ma Pan powód do osobistej satysfakcji.
    Jak najbardziej. Liczby mówią same za siebie. Na początku mieliśmy 150 miejsc, teraz prawie 500. Zatrudnienie wzrosło z 80 osób do ponad 200 i 30 na komercji. Ale najważniejsze, że daję radę to wszystko utrzymać i dalej rozwijać. A satysfakcja tym większa, gdy obserwuję zadowoloną, coraz bardziej kompetentną załogę i coraz większą satysfakcję gości z coraz lepszych warunków socjalno-bytowych i rehabilitacyjno-leczniczych, które im oferujemy.     

Co to znaczy zatrudnienie na komercji?
    To wysokospecjalistyczni lekarze i rehabilitanci, którzy świadczą u nas usługi w stworzonych specjalnie dla nich gabinetach wyposażonych w najlepszy sprzęt medyczno-rehabilitacyjny. Korzyściami płynącymi z ich usług dzielimy się w umówiony sposób. 

Nie często bywam w Ciechocinku, ale jak już jestem zawsze zachodzę również „Pod Tężnie” i za każdym razem zaskakują mnie nowe zrealizowane inwestycje. Od kiedy zaczął Pan tak intensywnie modernizować i inwestować.    
    Od 2000 roku zaczęliśmy już na poważnie realizować nasze plany modernizacyjno-inwestycyjne. Znacząco powiększyliśmy bazę noclegową. Wybudowaliśmy klimatyzowaną salę konferencyjną na 150 osób. Dobudowaliśmy skrzydło, w którym mieści się kawiarnia z kręgielnią, sala szkoleniowa i sala gimnastyczna. Wybudowaliśmy nowoczesne baseny leczniczo-rehabilitacyjne (otwarty, zamknięty i solankowy), które mieszczą się w supernowoczesnym Kompleksie Leczniczo-Balneologicznym im. Jana Pawła II wraz z częścią noclegową. Kosztował nas 20 mln zł.
    W ramach Kliniki stworzyliśmy również Centrum Ortopedycznej Terapii Manualnej, Centrum Rehabilitacji Kardiologicznej, Centrum Dermatologii Estetycznej i Salon Urody oraz ostatnio Laboratorium Badawczo-Rozwojowe Układu Ruchu. I co niezwykle ważne, dla oferowanych usług leczniczych, pozyskaliśmy wybitnych lekarzy i specjalistów w dziedzinie rehabilitacji.        

Skąd Pan brał na to wszystko pieniądze?
    Wszystkie działania rozwojowe i fundusze na ten cel wygospodarowujemy we własnym zakresie. Pochodzą z naszej działalności usługowej i kredytów. W niewielkim stopniu ze środków unijnych. Dokładają się również udziałowcy, właściciele Kliniki – 83 podmioty  gospodarcze z sektora rolniczo-mleczarskiego.
        
Jakie ma Pan obłożenie miejsc noclegowych w Klinice Uzdrowiskowej  „Pod Tężniami”?   
    92 proc. w skali roku. W tym 21-22 proc. stanowią goście reprezentujący naszych udziałowców, 15-20 proc. goście zagraniczni reprezentujący 40. krajów świata. Reszta to polscy goście i kuracjusze indywidualni.   

Co decyduje, że goście i kuracjusze tak licznie i wielokrotnie korzystają z waszej Kliniki?
      Wysoka jakość usług, profesjonalizm, uprzejmość, szacunek i miła domowa atmosfera. Uważam bowiem, że sposób traktowania gościa i jakość usług są najlepszą reklamą i magnesem przyciągającym gości. Gości przyciąga również standard naszego obiektu, który odpowiada światowym wymaganiom zarówno w odniesieniu do bazy noclegowej, zabiegowej, jak i gastronomicznej.
    Poza tym szeroko promujemy się w kraju i na świecie. Klinika systematycznie uczestniczy w targach np. warszawskich, poznańskich, berlińskich, w Colmar, w Oslo, w Goteborgu, Moskwie. Między innymi brała udział w polskich narodowych wystawach kooperacyjnych w Kanadzie i Moskwie. Prowadzone przez Klinikę promocje nie są tylko nastawione na zachęcenie gości do przyjazdu, do Kliniki przez nas prowadzonej, lecz do odwiedzenia Polski.

Goście mówią, że stworzył Pan kompleks uzdrowiskowy, w którym rzeczywistość przewyższa oczekiwania.  
    Ocena marzenie. Dla takiej chce się żyć i działać ze zdwojoną siłą i energią.
 
A czy w kontekście tej oceny, Pan jeszcze o czymś marzy?
    Moim marzeniem było pokazanie, że polskie uzdrowiska mogą być profesjonalne, przyjmować gości z całego świata i stanowić istotny element rozwoju naszej gospodarki. Dzisiaj mogę nieskromnie powiedzieć, że to się udało. A na przyszłość? Jak już przestanę być, ze względu na wiek, prezesem tej Kliniki, to chciałbym, by mój upatrzony następca, jeśli oczywiście zgodzi się na niego Rada Nadzorcza, pozwolił mi przyglądać się z boku, jak dobrze sobie radzi w dalszym rozwoju Kliniki i po cichu również korzysta z mojego doświadczenia.   

Potwierdzam, że niezwykle profesjonalnego i efektywnego. Pan pewnie też czerpał wzorce od bardziej doświadczonych.
    Oczywiście. Przez te moje 38 lat pracy w branży uzdrowiskowej miałem okazję przyglądać się wielu mistrzom zarządzania i organizacji usług rehabilitacyjno-leczniczych. Zarówno w kraju, jak i zagranicą. W dalszym ciągu, przynajmniej raz w roku, bywam w renomowanych ośrodkach tego typu w Szwajcarii, Niemczech i Austrii. Brałem również udział w zagranicznych szkoleniach, na przykład w szwajcarskiej Lucernie w zakresie gastronomii i hotelarstwa.

Dziękuję za rozmowę. Tylko jeszcze w ramach epilogu krótko Pana przed-stawię. Urodził się Pan we Francji, w muzykalnej rodzinie więc też gra na pianinie. Choć, Pana zdaniem, brat najlepiej, zawodowo. Ale mieszka w Szwajcarii, a Pan pod Toruniem więc rzadko grywacie razem. Za to Pan w wolnej chwili łowi ryby w przydomowym stawie i z radością pracuje w ciechocińskim uzdrowisku więc jest zdrów, jak ryba, i na emeryturę się nie wybiera. A to, że jest spod znaku skorpiona, zawziął się na dobroć człowieka i pomaga nie tylko dzieciom niepełnosprawnym. Poza tym na duchu trzyma go rodzina i żona oraz trzy owczarki niemieckie.

Podpisy pod zdjęcia:

1. Klinika Uzdrowiskowa „Pod Tężniami”
2. Wiktor Kolbowicz
3. Centrum Ortopedycznej Terapii Manualnej
4. Hol recepcyjny
5. Laboratorium Badawczo-Rozwojowe Układu Ruchu
Fot. Archiwum Kliniki

Mgr WIKTOR KOLBOWICZ - Prezes Zarządu Kliniki Uzdrowiskowej „Pod Tężniami” w Ciechocinku. Absolwent Technikum Mleczarskiego we Wrześni i Wydziału Prawa i Administracji na UMK w Toruniu. Ponadto ukończył 2-letnie studium kadry zarządzającej na UJ w Krakowie i kurs w zakresie obsługi gastronomiczno-hotelarskiej w szwajcarskim Richemont. Już 38 lat zarządza Kliniką związaną ze spółdzielczym przemysłem rolniczo-mleczarskim. Ciągle rozbudowuje bazę rehabilitacyjno-leczniczą, hotelarską i szkoleniową wdrożył, jako jeden z pierwszych w branży, system jakości ISO 9001:2000 oraz bezpieczeństwa żywnościowego HACCP. W leczeniu wykorzystuje metody z zakresu kinezyterapii, balneoterapii, hydroterapii i fizykoterapii.

Na zdjęciach: 1. Sala gimnastyczna, 2. Przestronny, funkcjonalny pokój z eleganckim wyposażeniem, 3. Wiktor Kolbowicz na styczniowej Gali Agrobiznesu po otrzymaniu tytułu Promotor AgroBizesu Wszech Czasów RP - w ręku trzyma szyszak, z tytułem związaną nagrodę, hełm husarski. 4. Świerk Conica - jedno z drzew jako dar, które zagraniczni i krajowi goście spontanicznie sadzą na pamiątkę pobytu w przyklinicznym parku, 5. Sala konferencyjna, 6. Stołówka ze szwedzkim stołem obficie zastawiona smakołykami, 7. Basen wewnętrzny połączony kanałem z zewnętrznym. Fot. Archiwum Kliniki.
 

dodano: 2020-03-09 23:10:33