Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Uciec z ubojni dusz

John Meynard Keynes, gigant ekonomii XX w. opisując w 1931 r. świat roku 2030, w eseju "Economic Possibilities for Our Grandchildren" (Ekonomiczne możliwości dla naszych wnuków),  był przekonany, że ludzie - wolni od biedy i uniezależnieni od konsumpcji - dzięki dobrodziejstwom technologii będą pracowali najwyżej 15 godz. tygodniowo, a to pozwoli im „zachować energię dla celów nieekonomicznych".
          Zamiast przepracowania mieli mieć inny problem - „technologicznego bezrobocia". Czyłi tego, jak mądrze korzystać z ogromu wolnego czasu.


Praca nie dla dandysa

Okazało się, że Keynes pobłądził. Jego wnuki wolnego czasu nie mają. Długość tygodnia pracy, która od XVIII w. do Keynesowskich lat 30. zmniejszyła się z ok. 72 godz. do 40, przez kolejnych 70 lat ani drgnęła, a w niektórych branżach zaczęła się nawet zwiększać.
          W Polsce widać to wyraźnie. Według opublikowanego w zeszłym roku raportu OECD obejmującego 34 najbardziej rozwinięte kraje jesteśmy - po Koreańczykach z Południa - drugim najbardziej zapracowanym narodem. W pracy spędzamy średnio 40,7 godz. tygodniowo (Niemcy pracują o pięć, a Holendrzy o dziesięć godzin mniej). Z kolei w raporcie GUS-u za pierwszy kwartał 2011 r. czytamy, że z 16 mln pracujących Polaków ponad 10 mln pracowało od 40 do 49 godz. tygodniowo, 1,1 rnln - 50-59, a aż 650 tys. – ponad 60.
          W 2008 r. czołowi współcześni ekonomiści, w tym czterech noblistów, w zbiorze „Revisiting Keynes: Economic Possibilities for Our Grandchildren" (Powrót do Keynesa. Ekonomiczne szanse naszych wnuków) zauważyli, że Anglik przecenił niechęć ludzi do pracy i poczucie przesytu konsumpcją. Swoje wyobrażenie człowieka przyszłości bowiem oparł na mentalności brytyjskiego dżentelmena - a ten z natury szukał w życiu głównie wygody.
          Keynes nie przypuszczał, że zblazowany dandys w stylu lorda Henry’ego Wottona z portretu Doriana Graya" Wilde'a byłby w naszych realiach kompletnie bezradny. System, w którym funkcjonujemy, premiuje typ człowieka będący mieszanką przedsiębiorcy skłonnego do ryzyka i rywalizacji oraz zaprawionego w pokornym mozole pańszczyźnianego chłopa.

W pałacach korporacji

Warszawa, czwarta nad ranem. Andrzej, prezes dużej firmy, wysłał maiła do swego szefa: „Piotrze, w sprawie raportu, który dla Ciebie piszę, zgłoszę się jutro przed południem. Chcę obgadać parę świeżych pomysłów". Odpowiedź nadeszła błyskawicznie: „Andrzeju, dzięki serdeczne. Idź spać".
          Dziś Andrzej zapewne uważa, że się opłaciło, jest jednym z ostatnich, którzy w upadającej firmie ocalili posadę. Przetrwał, bo należy do nowej klasy pracowników, których w ostatnich dziesięcioleciach wyhodowały korporacje - współczesnych kamerdynerów, dzięki elektronice dyspozycyjnych o każdej porze dnia i nocy. Reprezentuje nową klasę ludzi, których domy przestały być sanktuariami prywatności, a stały się służbówkami w pałacach korporacji.
          Andrzej należy do rzeszy tych, na których barkach korporacje odbudowały feudalne relacje miedzy ludźmi.
          Shawn Achor, prezes firmy konsultingowej Good Think inc. i wykładowca psychologii pozytywnej na Harvardzie, tak opisuje filozofię systemu korporacyjnego „Większość firm i szkół wierzy w ten sam przepis na sukces: im ciężej będziesz pracował, tym większy sukces osiągniesz. A im większy będzie ten sukces, tym będziesz szczęśliwszy. Tyle że to fałszywy przepis (...) Ilekroć odnosisz sukces, podświadomie podnosisz poprzeczkę tego, co będziesz uznawał za sukces w przyszłości. Dlatego poczucie szczęścia oparte na takiej logice nigdy nie nadchodzi''.
          Ale nie nadchodzi także dlatego, że staliśmy się zakładnikami wyobrażeń, jakie mamy na temat samych siebie. Tak uważa m.in. Dalton Conley, dziekan wydziału nauk społecznych na Uniwersytecie Nowego Jorku, autor książki „Elsewhere, USA" (Gdzie indziej, USA), nazwanej przez „Los Angeles Times" m.in. książką o „rozmywaniu granic między tym, co prywatne, a tym, co publiczne, i komercjalizacji wszystkiego".
          Według Conleya większość z nas przecenia własną niezbędność dla firm. A to powoduje, że mamy do czynienia z samospełniającą się przepowiednią: „Jeśli wciąż jesteś dostępny, oczekuje się od ciebie, byś dostępny był. To oczekiwanie traktujesz potem jako dowód, że miałeś rację byłeś niezbędny.

Życie w rozpaczy

Tyle że to tylko złudzenie, próba zagłuszenia lęku i poczucia braku kontroli nad własnym losem. - Tysiące ludzi wiodą życie w niemej rozpaczy, spędzając długie, męczące godziny w pracy, której nie znoszą, by móc kupić rzeczy, których nie potrzebują - po to, żeby zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubią - mówi Marsh, autor wydanych kilka lat temu książek "Fat, Forty and Fired`" (Grubi, 40-letni i zwolnieni) i "Overworked and Underlaid" (Przepracowani i podlegli).

Czytaj całość:
"Gazeta Wyborcza" - 8-9 września 2012 r. Autor: Robert Siewiorek, "Uciec z ubojni dusz", str, 24-25.



dodano: 2012-09-08 10:16:12