Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Ucieczka do przodu

Z WOJCIECHEM GIEBUROWSKIM, Prezesem Zarządu Kolekcja Mebli Klose Sp. z o.o.
z Nowego nad Wisłą rozmawia Jerzy Byra


Jerzy Byra:
Panie Prezesie, skąd u Pana tyle miłości do drewna? Gdy słyszę, jak Pan z pasją opowiada, że każdy kawałek drewna to samo piękno, natura, która zaskakuje swoim wyglądem – innym w południe i innym wieczorem, że każdy gatunek to naturalne ciepło, wyszukany kolor, oryginalne usłojenie, specyficzny zapach, że dobrze przetworzone może oddziaływać jak dzieło sztuki, to muszę przyznać, że to działa i na moją wyobraźnię.

Wojciech Gieburowski:
Bo ja naprawdę tak czuję, być może wyniosłem to z dzieciństwa, choć to wątpliwa teza. Wprawdzie ojciec był tartacznikiem, ale prawdziwy zew do drewna poczułem dużo później.

Na Wydziale Technologii Drewna Akademii Rolniczej w Poznaniu, gdzie studiował Pan meblarstwo?
    Jeszcze nie wtedy.  Wówczas pasjonowałem się organizacją i zarządzaniem w przemyśle meblarskim. Szacunku do drewna nabrałem dopiero po studiach.

Które ukończył Pan w 1971 r.  
    I od razu miałem szczęście dostać pracę w Swarzędzkiej Fabryce Mebli, wiodącej wówczas firmie meblarskiej, znaczącym polskim eksporterze. Dopiero tam, pod okiem świetnych fachowców, zachłysnąłem się drewnem na całego i poczułem niekończącą się miłość do meblarstwa.

Jak to rozumieć?
    Z przyjemnością podkreślam, że miałem i mam szczęście do ludzi. Zarówno do przełożonych – dzięki którym posiadłem ogromną wiedzę i doświadczenie, współpracowników – dzięki którym mogę z sukcesem realizować zawodowe cele, jak i partnerów – dzięki którym z powodzeniem rozwijamy nasz wspólny biznes.
    Długo by wymieniać wszystkich, więc przypomnę tylko jednego, mojego pierwszego przełożonego, dyr. Andrzeja Pawlaka ze Swarzędza. To on zaszczepił we mnie miłość do mebli, umożliwił poznanie wielu najnowocześniejszych zakładów meblarskich w Europie. Myśmy potem podpatrzone tam rozwiązania techniczno-technologiczno-organizacyjne z powodzeniem przenosili do naszej fabryki. W ten sposób mogliśmy bez kompleksów realizować najtrudniejsze zadania eksportowe.

Istotnie. 80 proc. produkcji mebli swarzędzkich szło na eksport. Byliście oczkiem w głowie władz.
    No proszę! Pan też powtarza kolportowany wówczas mit, że byliśmy pupilkiem władzy. Ale przecież to, że mieliśmy tak świetne wyniki eksportowe, to była wyłącznie zasługa doskonale przygotowanej i ambitnej kadry. To byli ludzie, którzy ciężką pracą osiągnęli europejski poziom jakości produkcji, organizacji i zarządzania.     
    To dlatego produkowane przez nas meble sprzedawane były niemal na wszystkich rynkach europejskich. Cenione były za swą wysoką jakość. Szkoda tylko, że rozchodziły się bez znaku Made in Poland. Ale takie to były czasy.

Skoro było tak dobrze, to dlaczego w 1991 r., zajmując poważne stanowisko dyrektora ds. produkcji i eksportu, odszedł Pan ze Swarzędza?
    Transformacja ustrojowa z 1989 r. sprawiła, że firma znalazła się w nurcie przekształceń własnościowych. Nastąpiły również zmiany ekipy zarządzającej.
    Moja koncepcja rozwoju zbyt różniła się od koncepcji nowego zarządu. Odszedłem równo po 20 latach pracy.

Długo nie szukał Pan nowej?
    Dzięki panu Klose, który z początkiem 1992 r. postanowił ulokować całą swoją niemiecką produkcję mebli w zakładach w Polsce. W tym celu najpierw kupił Pomorską Fabrykę Mebli w Nowem nad Wisłą, a następnie Czerską i Gościcińską. Wtedy też zaproponował mi pokierowanie tymi zakładami. Centrum dowodzenia i zarządzania ustanowił w Nowem.

Czyli to Pan jest sprawcą wprowadzenia marki Klose na polski rynek meblarski.
    Pośrednio – tak. Na  początku sprzedaż kolekcji mebli Klose na rynki zachodnie dalej odbywała się poprzez niemiecką sieć sprzedaży.
    Natomiast ja zająłem się najpierw przysposobieniem zakładów do nowoczesnej produkcji. Wdrożeniem nowej techniki i technologii, nowych modeli. Kosztowało to sporo wysiłku, ale tym większa satysfakcja, że po roku byliśmy już zauważalni w kraju. Zdecydowaliśmy się bowiem część produkcji ulokować w partnerskich polskich salonach meblowych.

Rzeczywiście. Sam pamiętam, jak żona wzdychała do Lacosty.
    Kolekcja Lacosta to pierwszy najwyższej jakości zestaw meblowy Klose, wyprodukowany w polskich  zakładach, który był bodaj najbardziej spektakularnym sukcesem na ówczesnym polskim rynku meblarskim.
    To był prawdziwy szok targowo-rynkowy. Czegoś takiego jeszcze na polskim rynku nie było. Nikt nie robił zestawu mebli w siedmiu wybarwieniach kolorów, z różnych gatunków drewna i do tego klient mógł sobie zamówić dowolną jego część.

Skąd więc późniejsze załamanie? Nawet z widmem zamknięcia wszystkich polskich zakładów produkcyjnych Klose.    
    Rzeczywiście, przełom lat 1997/1998 był bardzo zimnym prysznicem dla obu stron, polskiej i niemieckiej.
    Nasze trzy polskie zakłady produkcyjne dynamicznie się rozwijały. Miały świetne wyniki ekonomiczne. Zgodnie z założeniami większość produkcji eksportowały do Niemiec, ale, jak się okazało, ta produkcja nie zawsze miała ujście na rynku i zalegała w niemieckich magazynach.
    W rezultacie otrzymałem od pana Klose jednoznaczną dyrektywę: – Magazyny są pełne. Zaprzestajecie produkcji. Nie dostaniecie już od nas żadnych nowych wzorów. Jeśli macie jakieś pomysły, by uzdrowić sytuację, proszę bardzo, macie wolną rękę do działania na polskim rynku.

Z tego wniosek, że lubią Pana niełatwe zadania. Od czego Pan zaczął?
    Od uświadomienia załodze, w jak trudnej znaleźliśmy się sytuacji. Oczywiście nie z naszej winy. I proszę sobie wyobrazić, że ta wiadomość nie tylko nie sparaliżowała zespołu, wręcz przeciwnie, wyzwoliła tak ogromny potencjał posiadanych umiejętności, że byłem pewien, iż szybko pokonamy trudności. W pierwszej kolejności powołaliśmy więc zespół projektowy.
    Poza tym trafiłem na wspaniałych kolegów, którzy potrafili inaczej zarządzać produkcją, na wspaniałych logistyków i informatyków, którzy stworzyli sprawny system sprzedaży pod indywidualnego klienta. Ale  największym sukcesem było trafienie we własną kolekcję mebli, która została uznana na rynku krajowym. To głównie zasługa szefa zespołu projektowego, pana Zenona Bączyka.  
    W ten sposób rozpoczęliśmy samodzielny etap rozwoju kolekcji polskiej. Dzisiaj stanowi ona 80 proc. sprzedaży krajowej, pozostałe 20 proc. to modele kolekcji międzynarodowej.

W 2000 r. wszystkie udziały Klose przejął drugi pod względem wielkości koncern meblowy w Europie Steinhoff Europe AG. Co to zmieniło w Pana zawodowym życiu?
     Przełom sprawił, że musiałem poszerzyć swoje obowiązki związane z organizacją produkcji i zarządzaniem o rozwój produktu od strony wzorcowej i sprzedaży. Wiodąca w tym zakresie dalej była Pomorska Fabryka Mebli Klose, którą kierowałem.
    Natomiast w 2003 r. powstała nowa struktura. Każdy z trzech zakładów produkcyjnych jest teraz na własnym rozrachunku, a powstały czwarty podmiot, Kolekcja Mebli Klose, to firma powołana do rozwoju produktów i sprzedaży na rzecz tych trzech zakładów.

I to Panu w udziale przypadł zaszczyt kierowania tą newralgiczną spółką.
    Tak wyszło. W ramach struktury odpowiadam nie tylko za projekty ale i znalezienie rynku dla wyprodukowanych tu mebli.
    
To trudne zadanie, ale obserwując Pana dochodzę do wniosku, że pasja, z jaką Pan rozwija tę działalność i w efekcie osiąga tak dobre wyniki świadczy, że jest Pan w swoim żywiole.        
    Kocham to, co robię, pewnie stąd takie odczucie. Ale bez dogłębnej znajomości procesu produkcyjnego i szerokich kontaktów w branży meblarskiej nie byłoby tak pięknie.

Zapewne miłym dowodem na skuteczność i efektywność tych działań jest uznanie nie tylko klientów, ale i fachowców.
    Najbardziej nas cieszy Wielki Złoty Medal przyznany w 2004 r. przez Międzynarodowe Targi Poznańskie i jednocześnie miano firmy Najlepsza z Najlepszych. Te nagrody zostały nam przyznane za dobre produkty, kreowanie wzornictwa mebli i nasz wkład w rozwój rynku meblarskiego.

Mimo wszystko Kolekcji Mebli Klose chyba niełatwo będzie utrzymać tak wyróżniającą się pozycję na rynku?   
    Nie ulega wątpliwości. Popyt rynkowy maleje, surowca naturalnego coraz mniej i drożeje, a konkurencja ogromna. Musimy być zatem czujni, ale jestem optymistą, naszą dewizą jest bowiem ucieczka do przodu. W kolekcji mamy bogate zestawy mebli nowoczesnych i klasycznych, ale ciągle szukamy nowych, lepszych rozwiązań, jak również nowych pomysłów organizacyjnych i marketingowych. To one głównie dynamizują sprzedaż.

Myśli Pan, że meble z naturalnego drewna wytrzymają próbę czasu i skłonią nowych nabywców do zainteresowania się nimi?
    Jestem przekonany. Powrót do natury jest widoczny. Dotyczy to również mebli z naturalnych surowców. Zapewniam pana, niezwykłości mebli z drewna nie da się porównać z żadnym innym materiałem.
    Dam taki przykład. Mebel z drewna starzeje się podobnie jak człowiek. Z wiekiem nabiera patyny, piękna i szlachetności. Ten ze sztucznego surowca też się starzeje, ale raczej nadaje się do wymiany niż do tego typu odczuć.

Ale przecież meble z litego drewna są tylko dla wybranych. Nie każdego stać na ich zakup.
    Niestety, to prawda. Gdyby było inaczej, zabrakłoby lasów. A tak, cieszymy się, że meble kolekcji Klose trafiają do wymagających klientów, którzy je cenią za niepowtarzalny styl, urok i staranność wykonania. Że mogą według własnego wyboru kształtować swoje prywatne otoczenie.

(czerwiec 2005)

dodano: 2012-01-09 20:10:08