Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Felietony
Wielbłąd półtoragarbny

Marek Mejssner


Dlaczego tak wiele projektów informatycznych, nawet tych największych, kończy się plajtą i całkowitą kompromitacją?
    Patrząc z perspektywy nowego roku można przypomnieć choćby system dla ZUS, nad którym prace trwają piąty rok (i akurat w tym przypadku są skazane na sukces, bo bez tego niemożliwy będzie jakikolwiek szybki sposób ewidencjonowania i rozliczania płatników), Poltax II istniejący w formie instalacji pilotażowej, brak systemu dla GUC, brak systemu Ewidencji Pojazdów Kradzionych, Ewidencji Kierowców, zintegrowanego systemu informatycznego dla policji... Dlaczego tak się dzieje?

W firmach doświadczonych w prowadzeniu tego typu projektów, opowiada się o przyczynach tego stanu rzeczy taką historyjkę:
    Otóż przez pustynię dążą trzej podróżni. Są już w takim stanie, że wynajęliby każde stworzenie z garbem, które by im się trafiło po drodze. Mają szczęście, bo spotykają Araba ze sporym stadkiem różnego rodzaju zwierząt pociągowych. Wobec tak pomyślnego rozwoju sprawy jeden z podróżnych stwierdza, że najlepsze byłyby wielbłądy.
    Wielbłądy? Nie ma sprawy, Arab może wynająć wielbłąda. Chwilę trwają targi, jaki to ma być wielbłąd i kiedy wydaje się, że zaraz zostanie wybrany odpowiedni zwierzak, odzywa się milczący dotąd trzeci podróżny. Oświadcza, że najlepszy jest wielbłąd z DWOMA garbami; wygodniejszy, a poza tym, co dwa garby, to nie jeden. Zaczyna się potężna kłótnia, której Arab przysłuchuje się z rosnącym zdumieniem. Na koniec podróżni tworzą komisję, która przy mediacji drugiego z nich wybiera wariant kompromisowy. Żąda mianowicie od Araba wielbłąda PÓŁTORA-GARBNEGO. Zrozumiałe, że Arab robi znaczące kółko na czole i powiada, że co, jak co, ale wielbłądy półtoragarbne nie istnieją. Obrażeni podróżni udają się więc dalej na pustynię w poszukiwaniu innego Araba. Ale, o ile spotkanie jednego Araba ze stadem na Saharze można uznać za szczęśliwe zrządzenie losu, o tyle znalezienie drugiego graniczy już z cudem. Mała jest więc szansa, że podróżni znajdą wielbłąda albo w ogóle cokolwiek.
    W przełożeniu na normalny język mówi się w firmach realizujących kontrakty dla sektora państwowego o kilku plagach, zamieniających życie kontrahentów w piekło. Pierwsza, to generalna niekompetencja. Urzędnicy przydzieleni do takich realizacji nie dość, że nie słuchają rad specjalistów, pracujących dla potrzeb administracji i wiedzących dobrze, co należałoby od kontrahentów uzyskać, to jeszcze sami, wiedząc niewiele, ulegają najidiotyczniejszym sugestiom i plotkom. Efektem jest „reakcja Araba” – kreślenie kółka na czole i gwałtowny spadek zaufania do zamawiającego.
    Drugą jest rotacja. Wszyscy wiedzą bowiem, jak wielkie jest upolitycznienie aparatu decyzyjnego III RP. Zasada TKM skojarzona z BMW (bierny mierny, ale wierny) święci triumfy. Po każdych wyborach przychodzą więc nowe kierownictwa resortów, ściągające „swoich”. Zmiany te sięgają przeciętnie do szczebla woźnego w ministerstwie, a jak wiadomo, z woźnym nie omawia się projektów informatycznych... Nowi ludzie zaś mają swoje nowe, wypieszczone pomysły. Znaczy to, że firmy realizujące całą robotę po dwóch latach przeżywają pierwsze trzęsienie ziemi związane z całkowitą zmianą koncepcji, na której cały projekt dotąd się opierał. Wdrożenie takiej zmiany zajmuje sporo czasu, ale kiedy rzecz jest już gotowa, przychodzą następne wybory i cały kontredans zaczyna się od nowa. Dodajmy, że nie ma świętych w przypadku takich projektów. Urzędnicy i doradcy mają swoje sympatie i usiłują je różnymi drogami forsować. Bałagan rośnie jeszcze bardziej.
    Wspaniała polska nowomodna tradycja podkładania świni za pomocą mediów powoduje w dodatku wybuch kolejnych „afer” prasowo-radiowo-telewizyjnych, rozpętywanych przez przeciwników politycznych, zawiedzionych konkurentów czy fałszywych sojuszników, którzy tą drogą usiłują coś wytargować. Często efektem bywa – po kilku latach syzyfowych wręcz zmagań – wycofanie się szczęśliwego zwycięzcy przetargu z całego projektu z poczuciem niesmaku i decyzją, że „już nigdy więcej”.
    Czyli projekt zostaje sam na pustyni i szuka się następnego Araba.

(marzec 2001)

dodano: 2012-03-04 18:31:32