Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Za dużo kabaretu

Marek Mejssner


Jak zwykle w grudniu robimy podsumowania, rozliczenia roczne, przyjmujemy i akceptujemy budżety, publikujemy prognozy. Dotyczy to także pozostającego zwykle w cieniu, ale istotnego fragmentu gospodarki, jakim jest informatyka.


Wiem, podobno nie ma nic nudniejszego niż komputery i systemy, ale to właśnie informatyka przyczyniła się walnie do sukcesu gospodarczego USA i to przy jej pomocy Unia Europejska chce gonić Stany Zjednoczone i wyprzedzać Azję. Akurat ten fragment gospodarczej rzeczywistości i nas dotyczy, bo Polska prowadzi ostatnie rozmowy w unijnych przedpokojach i za niedługo znajdzie się na salonach, co spowoduje, iż owo „doganianie” i „wyprzedzanie” i nas zacznie dotyczyć.
    Niestety, jeśli już zajrzymy za informatyczne kulisy ogarną nas szybko tzw. uczucia mieszane i szybko stracimy orientację czy do poważnego teatru trafiliśmy, czy też do prowincjonalnego kabaretu. Tylko bowiem z kabaretu mogą pochodzić niektóre „numery” jakie nam w 2002 roku pod hasłem informatyzacji zaserwowano.

Skandal z kolczykowaniem

Najpierw oczywiście IACS. Pierwszy mało śmieszny numer z kabaretu rodem – że cały kontrakt omal nie stał się przedmiotem międzynarodowego arbitrażu. Drugi – że po opracowaniu około 30 proc. projektu systemu nowe kierownictwo ARMiR, z prezesem Bentkowskim na czele, całkowicie zmieniło koncepcję systemu i zajęło się wymianà kadr, co spowodowało aż interwencję Komisji Europejskiej. Tymczasem każdy kierownik najniższego choćby szczebla w jakiejkolwiek firmie informatycznej, która miała do czynienia z kontraktami dla administracji państwowej, w środku nocy obudzony powie, że jednà z głównych przyczyn fiaska takich kontraktów jest właśnie wymiana urzędników... Nowi ludzie muszą wszystko poznawać od początku, co zajmuje czas. W dodatku zwykle wyrzucają  nawet najsensowniejsze projekty poprzedników do kosza i chcą wszystko ustalać „od Adama i Ewy”, co powoduje katastrofę.
    Nie inaczej było i w przypadku IACS; nawet przywołane na ratunek przez premiera „pospolite ruszenie” najlepszych informatyków tyle pomogło, że system pewnie będzie działać. Piszę „pewnie”, bo jeszcze zawierane są ostatnie kontrakty, nie ma kto kolczykować bydła i termin pełnej sprawności polskiego IACS trzymany jest w tajemnicy.
    Notabene: mało kto wie, że dzięki całej awanturze wokół IACS Polska zmuszona była wybrać mniej korzystny, uproszczony system unijnych dopłat do produkcji rolnej. Nie wspomoże on przemian w rolnictwie, za to przez przydzielanie każdemu rolnikowi dopłat „od hektara” znakomicie zakonserwuje strukturę do tej pory istniejącą...

Koszmar z liczeniem

Po kabaretowym numerze wokalno-instrumentalnym czas na jakiś skecz. Cóż się lepiej do tego nadaje, niż słynna sprawa awarii systemu informatycznego obsługującego wybory samorządowe w Państwowej Komisji Wyborczej? Zawiązanie intrygi (czyli sama awaria) – wyborne, długo też widzowie trzymani byli w napięciu oczekiwania na ostateczne rozstrzygnięcie, a pointa wyjątkowo wysmakowana: nie wiadomo kto zawinił – być może kowal, może Cygan, a może ten kto dowcip opowiadał (czyli PKW), ale nikogo nie powiesimy, bo mamy amnestię... I tylko publika zachodzi w głowę,  jak wobec tego będzie wyglądał system liczenia głosów w referendum unijnym... i co ewentualnie może tam nawalić.

Powody partactwa

I znowu trzeba po raz n-ty wygłaszać to samo tłumaczenie – kontrakty informatyczne dla administracji centralnej kończą się zwykle êle z trzech co najmniej powodów. Pierwszym jest okres wdrażania kontraktu, przekraczający często czteroletni zwykle w Polsce okres kadencji władz centralnych i formacji, która je powołała. Drugim jest bardzo mierna znajomość problemów, jakie z informatyzacją się wiążą wśród urzędników państwowych i chętne dawanie przez nich ucha doradcom, którzy chcą przeforsować własne, często sprzeczne interesy. Trzecim w końcu jest sprawa finansowania tych projektów spychanych na koniec budżetowej kolejki i często traktowanych jak warszawskie metro – tj. jak się w jednym roku nie zbuduje, to się w drugim nadrobi – co jest ewidentną bzdurą, o czym może władzom powiedzieć każdy właściciel firmy prywatnej, który wdrażał u siebie jakikolwiek system informatyczny.
    Przy tym wszystkim niewiele by to nas wszystko obchodziło, gdyby nie fakt, że za niedowład informatyczny państwa płaci przede wszystkim biznes i tzw. szary obywatel... koniecznością powtarzania wielodniowych idiotycznych często procedur urzędniczych, zapisywaniem ton „wszechstronnie zbędnych” formularzy i podległością bujnie pleniącemu się prawu powielaczowemu.

Symptomy nadziei

Aby do końca nie narzekać – informatyzacja w samorządach jakoś idzie. Pewnie dlatego, że nie ma tam centralnego planu inwestycji informatycznych, które można by zawalić. W sektorze prywatnym w informatyzacji powoli zaś dobijamy do standardów europejskich, co już jest sporym osiągnięciem. Firmy większe już zdołały niemal całkowicie zinformatyzować swoje ciągi produkcyjne będą podstawowe obszary działania i obecnie biorą się za systemy do wspomagania kontaktów z klientem, co jest trendem ogólnoeuropejskim. W tworzeniu oprogramowania dla firm małych i średnich prym zaś wiodą zdecydowanie firmy polskie, które swoje produkty sprzedają po całkiem umiarkowanych cenach, z czego tylko korzyść i dla informatyki, i dla całej gospodarki. Oczywiście, promować tego oprogramowania choćby w krajach ościennych nikt nie myśli – łatwiej przecież promować polską wódkę, cukier i węgiel niż produkty naprawdę hi-tech, z którymi Polska się przecież nie kojarzy...
    Dodajmy, że wszystko to działo się w okresie naprawdę ciężkiego ogólnoświatowego kryzysu i przy groźbie wieloletniej stagnacji. Że następny rok dla prywatnego biznesu powinien być lepszy i będzie to szansa, aby uprościć swoje procedury kontaktów z dostawcami i klientami wedle informatycznych wzorców, co na pewno zwiększy konkurencyjność.
     Na koniec zaś warto wspomnieć, że następny rok – 2003, ma wszelkie szanse, aby stać się ostatnim rokiem partaczenia wielkich inwestycji informatycznych w administracji państwowej. W 2004 większość ich przeszłaby bowiem na unijne współfinansowanie, co sprawi, że takie cuda, jakich świadkami jesteśmy od lat kilku i jakich świadkami byliśmy w obecnym roku nie będą już możliwe.

(grudzień 2002)

dodano: 2012-01-06 08:38:43