Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Felietony
(K)raj na ziemi

Marek Mejssner


W wysoko rozwiniętych krajach świata, takich jak Wielka Brytania, Niemcy, USA, Japonia, Francja etc. etc., czy nawet zupełnie kiepsko rozwiniętych, jak Egipt czy Dżibuti, spora część dochodów państwa pochodzi z ceł i opłat granicznych. Można się na to zżymać, że to protekcjonizm i tłumienie wolnego handlu oraz żerowanie na konsumencie krajowym, ale, niestety, tak jest. W związku z tym wszelkie odpowiedzialne władze niezmiernie dbają o to, aby nawet jeden dolar należny z tytułu owych ceł i opłat nie wymknął się z ich pazurów. Owa dbałość przybiera czasem karykaturalne rozmiary. Kiedy Sierra Leone rozkładała się w zamieszkach, jedyną działającą częścią administracji były władze celne, które łupiły miejscowych i turystów zupełnie jak przed wojną...

Jest jednak pewna liczba niezmiernie oryginalnych krajów, którym ani to w głowie. Cła i opłaty, owszem, chętnie widzą w swojej kasie, bo jakoś tak dziwnie się składa, że prawie zawsze jest ona pusta, ale najlepiej, aby zbierały się same. Wśród tych niezwykłych oryginałów znajduje się i Polska. Znajduje się? Ba, przoduje! I łatwo rozpoznać dlaczego...
    W takiej Wielkiej Brytanii czy Holandii, a także Niemczech, kradziony samochód w granice państwa nie wjedzie. Celnik na granicy wstuka w komputer numery auta i po połączeniu z się z bazami danych policji krajów UE... aresztuje kierowcę. Policje mają łączność między swoimi bazami samochodów w poszczególnych krajach, jest codzienna wymiana informacji (czy raczej danych, bo wszystko jest transmitowane łączami sztywnymi lub ISDN), terminal bądź usieciowiony PC albo notebook celnika jest końcówką takiej unijnej sieci. Może więc korzystać ze wszystkich informacji.
    A u nas? Jeśli nawet ktoś ukradnie samochód w Niemczech – przepraszam, „skołuje furę w Rajchu” – to wiedzą o tym tylko niemiecka policja i towarzystwo ubezpieczeniowe właściciela. Polska służba celna żadnej łączności z niemiecką, poza cotygodniową wymianą danych (rutynową ponoć), nie ma i złodziej może, po wpisaniu wozu w fałszywe dokumenty, spokojnie wjechać.
    No, ale przecież po tygodniu zrobi mu się gorąco, bo w końcu nasza policja zostanie zawiadomiona i kiedyś może wpaść. Zawsze „furę może opylić frajerowi”. Ale każdy nabywca teraz dokumenty ogląda i na okazje nie poluje, bo kradziony samochód może skonfiskować policja.
    Ale po co tak psuć cenę? Chłopcy z Pruszkowa, Wołomina, Gdańska i innych miast rozwijającej się mafii wymyślili więc świetny sposób na te kłopoty. Zaraz po kradzieży jadą na wschód, przekraczają swobodnie białoruską granicę, nie niepokojeni przez celników – bo i co mogą im mieć do zarzucenia – i tam wymieniają się z chłopcami z Mińska. Jedna „skołowana w Rajchu beemwica” na „dwi puskane i z Minska samarki”. Łady wracają prowadzone przez białoruskich kurierów z polską eskortą, BMW przejmuje mińska mafia. Łady oczywiście też mają fałszywe papiery. Nie muszą być doskonałe – przecież zaraz te samochody pójdą do sprzedaży. Celnik nie sprawdzi żadnych numerów, niczego innego też.
    Po pierwsze – bo na wschodniej granicy komputery na posterunkach celnych i przejściach granicznych można policzyć na palcach obu rąk nie zdejmując skarpetek, po drugie – bo żadnej sieci, która łączyłaby z Centralną Bazą Danych Pojazdów Skradzionych nie ma, nie było i pewnie długo jeszcze nie będzie, jako że przede wszystkim... nie ma takiej bazy. Białorusin potem do domu wróci koleją. Nikt nie spyta go, gdzie podziała się Łada, a interes będzie kwitł.
    Co tam zresztą samochody... Całe tiry wyładowane przemytem przekraczają w ten sposób granice, bo celnik nie wie nawet, które z nich są „trefne”. Jak by tego było mało, to jeszcze spora część ceł ginie w kraju, bo nigdy nie wiadomo, co rozliczono, a czego nie, na co pobrano opłaty, a co „poszło poza SAD-em”. I znów – systemu komputerowego rozliczeń celnych, poza małymi aplikacjami, które mają niektóre agencje, jakoś na horyzoncie nie widać...
    A już na zupełną kpinę zakrawają „błyskotliwe akcje” związane z ujęciem w Polsce groźnego przestępcy międzynarodowego, co raz na jakiś czas się zdarza. W zeszłym roku aresztowano  w ten sposób dwóch braci – mafiosów włoskich, który usiłowali założyć w Polsce filię swojego przedsiębiorstwa. Pominięto w triumfalnych sprawozdaniach policji drobny szczegół, że owi panowie spokojnie przekroczyli granicę III RP na  p r a w d z i w y c h  dokumentach będąc poszukiwani międzynarodowym listem gończym.
    Było to na granicy wschodniej, gdzie nikt niczego nie sprawdził, bo list gończy na takie peryferie Europy nie doszedł, a żadnej sieci komputerowej tam nie było (i nadal nie ma). W ten sposób podobno cyrkulują swobodnie u nas kohorty przestępców i przemytników. Po latach zapewne będą wspominać III RP, jak Adam i Ewa biblijny raj. A władze celne robią co mogą, aby nie zepsuć im nastroju. Na razie są bowiem zajęte gorączkowymi zabiegami, żeby zatrzeć wspomnienie wpadki z informatyzacją GUC przez niemiecką CGK. A kiedy cokolwiek z sieciowych systemów bazodanowych, które zlikwidowałyby cały ten bałagan, pojawi się np. w Koroszczynie, tego nie wie nawet Nostradamus, który ponoć wiedział wszystko...

(grudzień 2000)


dodano: 2012-03-03 17:59:16