
Felietony
|
Dorwać małego Marek Mejssner W dziedzinie oprogramowania dla średnich i
dużych firm Polska nie jest potęgą. Panują na nim takie potęgi, jak JBA, JDEdwards, PeopleSoft,
Oracle czy IBM. Jednym wyjątkiem w tej amerykańskiej konstelacji jest akurat świecąca wyjątkowo
jasnym blaskiem gwiazda – niemiecki SAP. Skąd się to wzięło? A no z zaniedbań wielodziesięcioletnich
w dziedzinie informatyki, systemów czy bodajże zwykłego absorbowania wyników badań dokonanych przez
kogo innego i gdzie indziej. Dzisiejsze systemy dla największych wymagają skomplikowanych „engine” –
silników procesowych, programowych sterujących bezkolizyjną pracą wielu procesów jednocześnie i
przetwarzaniem terabajtów danych. Wielka to praca – napisać taki silnik. A to dopiero początek prac
nad systemem. Nic więc dziwnego, że w Waldorff, siedzibie SAP-a, trudzi się nad tym 900 osób. Ale i
wyniki mają doskonałe. SAP R/3 jest jednym z najważniejszych i największych systemów dla dużych firm
i wielkich koncernów. System R/3 jest również instalowany w Polsce – choćby w PKN Orlen czy Fabryce
Mebli Forte. Jest oczywiście piekielnie drogi – negocjacje w sprawie jego instalacji, wdrożenia i
szkoleń dla pracowników zaczynają się z poziomu 1 mln marek. No dobrze, ale polska gospodarka wielkimi firmami nie stoi. Większość PKB wypracowuje u nas drobnica. Firmy małe, mniejsze i całkiem maleńkie, prywatne, spółdzielcze, spółki cywilne, z ograniczoną odpowiedzialnością czy nawet akcyjne. Informatyzacja tego drobiazgu wydaje się zadaniem iście herkulesowym. Ale jej pozytywne skutki wątpliwości żadnych nie budzą. Oto badania amerykańskie dowiodły, że w firmie rodzinnej zainstalowanie podstawowego oprogramowania zmniejsza koszty o 20 proc. Francuzi twierdzą, że informatyzacja małych firm w latach 1996–2000 pozwoliła im zwiększyć przychody o 18–25 proc. w zależności od sektora. Słowem – opłaca się informatyzować małego. Tylko kto ma to robić? Okazuje się, że takie firmy informatyczne, które piszą oprogramowanie dla firm „nieco poniżej średniej”, małych i nawet tych najmniejszych od dawna działają na polskim rynku. I co ciekawe, niemal wszystkie to firmy z kapitałem krajowym. Takie, jak np. CDN, WA-PRO, InSert, Compare, K.O.T, Navo, dGCS dla większych Digitland czy Altkom Matrix zdecydowanie panują na tym rynku. Jakość tego software jest naprawdę bardzo dobra, toteż konkurują tylko miedzy sobą. I niech nikogo nie napawają niesmakiem takie liczby klientów, jak np. 700, a przekroczony 1000 jest świętem dla całej firmy. Ci producenci orientują się, bo muszą, w zawiłościach polskiego prawodawstwa finansowego i potrafią całkowicie dostosować system do zmieniającej meritum rachunkowości nowej ustawy w miesiąc, co jest bardzo przyzwoitym wynikiem światowym. Ministerstwo Finansów wcale ich nie rozpieszcza, dając materiały do przeprowadzenia aktualizacji systemów... na dwa tygodnie przed wejściem nowych regulacji prawno-podatkowych w życie. Ale jakoś sobie radzą, i to całkiem nieźle. Zresztą nie tylko ta kategoria oprogramowania jest dobrze reprezentowana przez polskich producentów. Na przykład Marek Sell, polski programista i współwłaściciel firmy MKS, jest twórcą jednego z najlepszych w Europie programów antywirusowych – mks-vir. Ciekawe tylko, że poza nimi, ich klientami i branżą teleinformatyczną nikt o tym nie wie. Instytucje przeznaczone do promocji wewnętrznej oraz zewnętrznej, mające z samych celów statutowych zajmować się propagowaniem polskiej myśli technicznej, śpią snem sprawiedliwego lub też rozumują nadal kategoriami ton stali i metrów bieżących „tkanin obiciowych w wykończeniu eksportowym”. Toteż nie dziwi, kiedy przy okazji kolejnego konkursu „Teraz Polska" nagrodę dostaje kolejny producent szynki z indyka czy kurek w zalewie octowej, a o polskim oprogramowaniu ani słychu. Warto zauważyć, że sporo z tego oprogramowania prezentuje całkiem przyzwoity poziom światowy i można by po pewnych zmianach próbować promować je w wersji angielskiej jako standardowe oprogramowanie dla małych firm. Może by tak więc jakąś linię kredytową dla tych, którzy by się takich zmian we własnych systemach podjęli? I tu chętnych do takiej pomocy – niekoniecznie przez mecenat państwowy – też brakuje. Podpowiedzieć warto, że Węgrzy zarabiają najwięcej nie na eksporcie papryki w słojach, wina czy salami, ale na sprzedaży oprogramowania. Stworzyli oni program do rozpoznawania pisma skanowanego Recognita, który jest jednym z naj- lepszych w swojej klasie na świecie! Mało tego – ma on sporo następców. Węgrzy są też świetni w oprogramowaniu architektonicznym czy sterownikach sprzętowych. My zaś, pozostając w niewielkiej za nimi odległości, swoją szansę na światową karierę skrupulatnie marnujemy. Pointę dopisze zapewne życie. Już od pewnego czasu mówi się o zagrożeniu, jakie dla polskich firm software’owych stanowią firmy unijne, zwłaszcza niemieckie i francuskie. Z certyfikatami Unii, stosując bardzo niskie ceny wejściowe, są w stanie przez kilka lat ponosić straty na polskim rynku, aby – dofinansowywane przez odpowiednie urzędy Unii i własnego kraju – w końcu osadzić się na polskim rynku mocno i roznieść lub wykupić krajową konkurencję. Wcale nie dlatego, że taka ich zaborcza natura, ale dlatego, że urzędnicy w ich krajach chcieli i umieli wychodzić dróżki do unijnych oficjeli. A ich prezesi byli hołubieni przez agencje promocyjne, które dobrze rozumieją, że na technologiach hi-tech zarabia się najwięcej. Już widzę płacz i zgrzytanie zębów nad Wisłą! Niestety, nie zastąpią one myślenia, które, jak widać, niektórych boli. (luty 2001) dodano: 2012-03-04 17:54:55 |















