Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Felietony
Driakiew polska

Marek Mejssner


Historia zna wiele przykładów lekarstw cudownych i z tego powodu bardzo poszukiwanych. Leczyły bowiem wszystko – od skrofułów aż po obłęd. Jednym z najsłynniejszych była driakiew norymberska. Jaki był jej skład – tego nikt, poza wytwórcami, nie wiedział, ale vox populi miał pewność, że lek ten pomaga niemal na wszystko. Toteż płacono za nią złotem i stale znajdowała nabywców. Oczywiście do czasu, kiedy postęp medycyny spowodował, że driakiew odstawiono do lamusa. Ale bynajmniej nie zahamowało to poszukiwań cudownego remedium. Z tym, że z leczenia ludzi przestawiono się na leczenie gospodarek.
    Na polu tym potknięcia były bardziej spektakularne, a za zaordynowanie kolejnej driakwi płaciły całe społeczeństwa. I tak finanse publiczne Francji zawaliły się pod koniec rządów Ludwika XVI i wybuchła rewolucja. Psucie monety przez Fryderyka Wielkiego wywołało solidny kryzys gospodarczy w XVIII-wiecznych Prusach. W końcu kiepska polityka sektora bankowego spowodowała Wielki Kryzys w USA i potem w Europie na przełomie lat 20. i 30. dwudziestego wieku.
    Wbrew pozorom mimo tych „drobnych potknięć” poszukiwanie cudownego remedium na wszystkie problemy gospodarki trwa nadal. żeby choć wspomnieć gorączkę dot-comów, które miały obalić wszystkie zasady klasycznej ekonomii, a same stały się jej ofiarami.

Oprócz światowych parkosyzmów wynikających z zażywania driakwi, które mają uleczyć ekonomię globalną ze wszystkich jej przypadłości, znamy także lokalne kłopoty spowodowane wynalezieniem i pospiesznym użyciem lekarstw uchodzących za cudowne.
    Spieszę więc donieść, że obecnie właśnie mamy do czynienia z takim przypadkiem w naszym kraju. Otóż grupa prominentnych polityków z SLD, Unii Pracy, Unii Wolności, Platformy Obywatelskiej, AWS Prawicy, czy Prawa i Sprawiedliwości, a nawet PSL-u przy niejakim udziale informatyków, wynalazła driakiew polską. Jej nazwa to telepraca.
    O co w tym wszystkim chodzi? Otóż termin telepraca, stanowiący polski odpowiednik amerykańskich terminów, jak net working, e-working, job net czy e-job pojawił się wraz z rozwojem Internetu i korporacyjnych sieci firmowych – intranetów. Firmy zachodnie doszły do wniosku, że skoro istnieje Internet i sieci korporacyjne, to można tworzyć zdalne zespoły zadaniowe z pracowników nie zatrudnionych na etat, przesyłających wyniki swojej pracy do firmy drogą elektroniczną. Potem zaczęto przystosowywać do zdalnej pracy kolejne działy firm, bo okazało się, że wydajność jest tylko nieco mniejsza, za to spadek kosztów potężny. Stąd i telepraca zaczęła się na Zachodzie i w USA szybko przyjmować. Na fali ekspansji zachodnich metod zarządzania i informatyzacji gospodarek krajów postkomunistycznych trafiła i do Polski.
    Ale gdy przed wyborami gospodarka dostała zadyszki, ze względu na brak reform strukturalnych, przypomniano sobie o telepracy. Politycy wpadli na pomysł, że może ona być wspaniałym środkiem na bezrobocie, zmniejszenie kosztów przedsiębiorstw, wsparcie małych firm – słowem driakwią polską. Toteż zaczęli ją reklamować niemal tak, jak firmy farmaceutyczne nowy lek na ból głowy.
    Należy się jednak obawiać, że zażycie tego akurat leku nie będzie proste i przyniesie wiele objawów ubocznych, aż do zejścia śmiertelnego pacjenta, czyli firmy włącznie.
    Otóż jak miałaby właściwie wyglądać telepraca po polsku? Powiedzmy, że firma znajdzie chętnych z modemami i komputerami wyposażonymi w odpowiednie oprogramowanie. Zatrudni ich „na firmę” lub na umowę zlecenie. Tu zaczyna się pierwszy płotek, bo ci zatrudnieni na umowę zlecenie przy pierwszej nadarzającej się okoliczności poszukają sobie zatrudnienia stałego choćby w konkurencyjnej firmie, nie ukrywając bynajmniej, co w swoim poprzednim miejscu pracy robili.
    Ale przypuśćmy, że pracownicy już są. Teraz trzeba płacić im rachunki telefoniczne, bo w Polsce podstawą jest dostęp Dial-Up, czyli przez modem, a właścicieli łączy stałych jest ciągle bardzo mało. Od razu trzeba się więc pogodzić z tym, że około 30 proc. połączeń nie będzie dotyczyło pracy, a raczej życia prywatnego pracownika (rozmowa z ukochaną Gretą, mieszkającą w Hamburgu...), za co jednak firma zapłaci. Stawki za dostęp są przy tym jednymi z najwyższych w Europie, więc będą to całkiem spore pieniądze. Następnie trzeba będzie się przyzwyczaić, że praca just-on-time jest niemożliwa, bo dostęp do usług internetowych i poczty możliwy jest najczęściej między 23.00 w nocy a 5.00 rano ,a i to nie zawsze. Wszelka terminowość jest fikcją.
    Po trzecie – polska sieć szkieletowa jest jaka jest. W Warszawie, Wrocławiu, Szczecinie, Trójmieście, Aglomeracji Śląskiej, Poznaniu i kilku innych miastach wygląda jeszcze stosunkowo dobrze, ale w takich, dajmy na to, Gryficach? Chorzelach, gdzie jeszcze nie tak dawno temu istniała tylko centrala ręczna? Krośnie, skąd trudno jest czasem nawet wysłać faks? Tudzież w tysiącach małych miasteczek, gdzie Internetu nie ma nawet w szkole?
    Na koniec wreszcie – jakie usługi byłyby możliwe do wykonania przy pomocy telepracy w Polsce? W USA telepracownicy obsługują sektor usług internetowych, częściowo usługi finansowe, call centers, czyli kontakty z klientem, usługi telekomunikacyjne. Podobnie jest w Europie Zachodniej. Wszystko to sektory nowoczesne, które w naszym kraju są w powijakach albo dopiero nieśmiało wślizgują się na rynek. Jaka jest więc możliwość polskiej telepracy? Prawdopodobnie jedyną sensowną wymyśliło Towarzystwo Niepełnosprawnych Informatyków, którego członkowie pracują właśnie na tej zasadzie przy projektach dla różnych firm informatycznych. A co do politycznej reklamy telepracy jako remedium na gospodarcze kłopoty firm małych i średnich....
    „To są głodne kawałki, to zwyczajny pic” – jak mawiał o takich wizjach odeski gangster Lowa Byk w opowiadaniach Izaaka Babla.

(wrzesień 2001)

dodano: 2012-03-04 17:56:50